wtorek, 26 czerwca 2012

Rozdział siódmy.

   Obudziłam się gdy słońce było już wysoko na niebie. Uśmiechnęłam się widząc śpiącego obok mnie Setha. Wtuliłam się mocniej w jego nagi tors.
 - Kocham cię –usłyszałam szept towarzysza. Zachichotałam. W odpowiedzi cmoknęłam go w usta. –Może masz ochotę na śniadanko? – zapytał z zatroskaną miną. Ogólnie to całe wpojenie jest spoko, ale czasami gorzej się zachowuje niż nadopiekuńcza matka.Dobrze, że nie słyszy moich myśli. Znowu wyrwał mi się chichot. – Co cię tak bawi?
 - Nic, po prostu cieszę się, że tu jesteś. – po części nie było to kłamstwo, bo naprawdę się cieszę. Na chwilę odbiegłam myślami do tego co się stało poprzedniej nocy. Było cudownie. Ciekawe czy Seth  też tak to wspomina. Nagle uświadomiłam sobie pewien fakt. Nie jestem już dziewicą! Jejć. Jak się mama dowie… Nie, nie dowie się. Ciekawe czy tata coś słyszał. Ups.
  Zeszliśmy na dół do kuchni. Rozsiadłam się wygodnie na krześle przy blacie i patrzyłam jak Seth krząta się po kuchni w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Tata chyba zaniedbał robienie zakupów. Nic tu nie ma! Chłopak wreszcie się poddał i postawił mi przed nosem michę z płatkami. Uśmiechnęłam się do niego i zaczęłam pałaszować śniadanie. Do pomieszczenia wszedł mój braciszek. Spojrzał na mnie, potem na Setha robiącego sobie płatki i wybuchnął śmiechem.
 - Czemu cieszysz twarz? – zapytałam unosząc jedną brew.
 - I jak było?Moglibyście zachowywać się trochę ciszej. – śmiał się dalej Paul. Zdenerwował mnie tą uwagą, ale mimo wszystko spiekłam raka i wróciłam do jedzenia. Gdy już wszyscy się najedli chłopcy oznajmili, że idziemy do Cullenów, bo mają jakieś nowe wieści. Westchnęłam. Znowu będę robić za eksponat. Wyszliśmy na podwórko i udaliśmy się w stronę lasu. Gdy tylko drzewa skryły nas swoją kurtyną przede mną stanęły dwa wielkie wilki. Zerknęłam na nie, nie wiedząc co robić.Ściągnęłam brwi. Piaskowe zwierze westchnęło ( nie wiem skąd to wiem ) i przycupnęło koło mnie dając dziwne znaki głową. Teraz to już w ogóle zgłupiałam. Próbowałam intensywnie myśleć co mam zrobić. Teraz westchnął szary wilk. Popatrzył się na mnie jakbym uciekła z jakiegoś ośrodka dla obłąkanych. Z kolejnym westchnięciem podszedł do mnie i podsadził na grzbiet Setha. Jak usiadłam zwierzę się podniosło i już miało ruszyć, gdy ja się wydarłam.
 - Nie! Nie ma mowy! Nie chcę! – znowu na mnie zerknęli. Nie odbyło się oczywiście bez westchnięcia i ruszyli. Na początku wolno, bo strajkowałam i nie chciałam się trzymać, ale jak spadałam i złapałam się sierści na karku wilka, ruszyli bardzo szybko. Położyłam się wtulając twarz w miękkie futerko zwierzaka. Jak miałam już dość zatrzymał się.Wyprostowałam się, ale zaraz potem osunęłam na ziemię i zaczęłam chichotać. Z domu wyszli Edward i Alice. Patrzyli na mnie z rozbawieniem. Wilki pobiegły w las, ale zaraz wróciły w ludzkiej postaci.
 - Dobrze się czujesz? – zapytał ze śmiechem Seth pomagając mi wstać. Zamiast mu odpowiedzieć złapałam się za brzuch i zaczęłam głośniej się śmiać. Wszyscy dookoła dołączyli do mojej wesołości. Gdy już się trochę ogarnęłam, pomachałam Edwardowi na powitanie i weszłam z Alice do domu. W środku nikogo nie było. Usłyszałam jak coś bardzo szybko przemieszcza się po schodach i zanim zainteresowałam się dźwiękiem przede mną stał Carlise.
 - Zapraszam do siebie, do gabinetu – powiedział z beztroskim uśmiechem. Ruszył po schodach na górę, aja podążyłam za nim. Weszliśmy do gabinetu, w którym wcześniej leżałam nieprzytomna. Zarumieniłam się na to wspomnienie. Mniej spostrzegawczy obserwator pewnie nie zauważyłby zmian w wystroju pomieszczenia, a może zauważyłby? Przede wszystkim nie było łóżka szpitalnego.
 - Chciał mi pan coś powiedzieć? – spytałam oglądając całkiem pokaźną kolekcje książek. Trochę medycyny, trochę fizyki. Tam dalej filozofia… Tu są chyba wszystkie możliwe dziedziny nauki!
- Tak. Cassandro, dowiedzieliśmy się że spory kawałek na północ stąd jest plemię, w którym też zachodzą zjawiska zmiennokształtności.Nie niepokoiłbym cię i wraz z rodziną sam bym pojechał, ale ze względu na to kim jesteśmy możliwe, a nawet nie wykluczone, że będą problemy. Jest duże prawdopodobieństwo, że miejscowy szaman będzie w stanie powiedzieć ci co się z tobą dzieje. Możesz zabrać ze sobą jedną osobę – na tą wiadomość czekałam doktorku, pomyślałam – Będziemy cię osłaniać z daleka. Codziennie wieczorem będziemy się spotykać i omawiać dotychczasowe posunięcia. Zgadzasz się na to?
 - Tak, jasne. To kiedy wyjeżdżamy?
 - Idź do domu i się spakuj. Jak będziesz gotowa po prostu przyjdź i wyruszymy.
 - Okey, to ja już może pójdę…
 - Dobrze. Do zobaczenia Cassandro.
 - Do zobaczenia doktorku – zapomniałam się. Głupia, głupia, głupia. Carlise jednak nie wydawał się dotknięty tym „pieszczotliwym” zwrotem. Stał i uśmiechał się do mnie jakby nigdy nic. Ruszyłam w stronę drzwi. Gdy przekroczyłam próg domu coś z bardzo wielką siłą we mnie uderzyło. Zgięłam się wpół i złapałam za bolące miejsce.  Oddech zmienił się w charczenie, a oczy zaszły mgłą łez. Usłyszałam jak wszyscy rzucili się w moją stronę. Podniosła mna nich lekko zamulone oczy i wszystko od tego momentu działo się jak w zwolnionym tępie. Wilki, bo chłopcy się przemienili, przewróciły się jak zbite kręgle. Wampiry próbowały biec, ale coś jakby trzymało je za kostki. W rezultacie też zaraz leżały. Na podwórko wbiegł ten kulturysta Emmett, a za nim piękna blondyna, Rosalie. Zanim zdążyli cokolwiek zrobić też leżeli na ziemi.To samo potem się stało z Bellą, Esme, Jasperem i Carlisem. Jak kręgle… Nie mogłam w to uwierzyć. Wszyscy leżeli i zwijali się z bólu. Kolejne uderzenie w klatkę piersiową. Nogi zaczęły załamywać mi się pod ciężarem ciała. Nie mogła mna to patrzeć. Czy oni umierali? Czemu Bóg nam nie pomaga? Kto to robi?Zadawałam bezsensowne pytania. Rozejrzałam się dookoła. Krzyknęłam z bólu. Z głośnym hukiem opadłam na kolana i schowałam zapłakaną twarz w dłoniach. Ktoś mnie dotknął. Zareagowałam błyskawicznie. Chwyciłam go za ramię i powaliłam na ziemię. Nie stawiał oporów. To był Seth.
 - C-co się stało? Już cię nie boli? – spytałam jeszcze drżącym głosem. Ukochany popatrzył na mnie jakbym była zieloną kosmitką.
 - O co ci chodzi?Przecież to ty przed chwilą zwijałaś się z bólu. To znowu ta przemiana, tak?Już wszystko dobrze, wszystko się ułoży… - wziął mnie w ramiona i zaczął kołysać.
  Nic się nikomu nie stało. Nikt nie cierpiał. Tylko ja… Jak zwykle ja. Czy los nie mógł znaleźć sobie innej ofiary? Jak już myślisz, że to najlepszy okres w twoim życiu –zaczyna się piekło. Szalejący ogień nie gaśnie póki nie zabije wszystkich,których kochasz, albo jak w moim przypadku nie wykończy cię psychicznie. Westchnęłam. Czyli to była moja wyobraźnia? Nie możliwe. Wszystko działo się tak realistycznie. Tak jakby… nie tak jakby, tylko ktoś to robi specjalnie. Czemu? Nie wiem. Kto to? Tego też nie wiem. Fuck. Nic nie wiem. Czuje się jak jakiś… jakiś ktoś, który jest bardzo mało mądry.
 Spróbowałam się podnieść. Zakręciło mi się w głowie i zwymiotowałam na trawę. Dopiero teraz zauważyłam, że wokół mnie powstało koło ludzi ( nie do końca, ale nie czepiajmy się szczegółów ), którzy mnie kochają. No, przynajmniej lubią. Siedziałam i wpatrywałam się w swoje dłonie próbując powstrzymać kolejne torsje.Zaczerpnęłam trochę powietrza i pozbyłam się doszczętnie mojego śniadania.Wszyscy odwrócili wzrok. Wreszcie zrozumieli, że to dość krępujące kiedy wydobywa się z ciebie zawartość żołądka i gapią się na ciebie jak ciele namalowane wrota. Torsje minęły.
 - Już mi lepiej –oznajmiłam słabym głosem. Ktoś podał mi szklankę wody, którą wypiłam jednym haustem.
 - Może przełożymy wyjazd? Z tego co widzę nie czujesz się najlepiej… - zaczął Edward, a ja mu brutalnie przerwałam.
 - Jadę choćbym miała zwrócić jeszcze trzy śniadania – oznajmiłam, a on od razu wycofał się do tyłu.Paul pokręcił z niezadowoleniem głową. Wiedział, że jak się zawzięłam to już nie odpuszczę. Zmienił się w wilka. Zaraz do niego dołączył Seth. Wsiadłam na piaskowe zwierzę i poprosiłam cicho, żeby tak nie pędzili. Pomruk uznałam za potwierdzenie i minutę później szliśmy spokojnie przez las. Wdychałam woń kwiatów, które gdzieś się taiły w zaroślach. Weszliśmy na podwórko Sama. Znowu ten domek. Nieświadomie uśmiechnęłam się i wciągnęłam intensywną woń kwiatów posadzonych w ogrodzie.
  Weszliśmy do środka.Cała sfora już tu była. Leah też. Skrzywiłam się na jej widok. Chyba za sobą nie przepadamy. Seth usiadł na fotelu i posadził mnie sobie na kolanach.Wtuliłam się w niego, a on opiekuńczym gestem objął mnie ramieniem. Słuchałam jak rozmawiali o moim wyjeździe. Z góry wiedziałam, że to Seth ze mną pojedzie i jak to oznajmiłam jego sister wbiła we mnie złośliwe spojrzenie.
 - Nie zgadzam się z tym – oznajmiła zimnym tonem – Ja z nią pojadę.
 - Nie, ja nie chcę z TOBĄ jechać – odparłam wytrzymując jej wściekłe spojrzenie.
 - Jedziesz ze mną.Sam, powiedz jej, ze tak będzie najlepiej. – zwróciła się do alfy. Sam nie wiedział co odpowiedzieć. Miał przed sobą dwie rozwścieczone kobiety. Głos zabrała Emily.
 - Jedziecie razem. –zaczęłam otwierać usta, żeby zaprotestować, ale dziewczyna nie dała mi dojść dogłosu. – Bez dyskusji Cassandro. Możesz choć raz posłuchać osób mądrzejszych i przestać patrzeć jedynie na siebie?! – siedziałam z otwartą buzią i wpatrywałam się rozwścieczoną twarz Emily. Odwróciłam wzrok i wtuliłam twarz w ramię Setha.Chłopak pogłaskał mnie po plecach. – Jak już wszystko załatwione to idźcie się pakować.

*
 
  Stałam przed czarnym mesiem i przytulałam się do ukochanego. Nie mogłam wydusić z siebie słowa.Normalnie czułam, że już tęsknie. Seth odnalazł moje usta i pocałował namiętnie. Jego gorący język wsunął się do moich ust. Oderwaliśmy się od siebie.
 - Już tęsknie –uśmiechnęłam się smutnie.
 - Ja też – cmoknął mnie jeszcze raz na pożegnanie. Usiadłam na tylnym siedzeniu. Kierował Jasper.Z przodu siedziała Alice, więc Leah wylądowała obok mnie. W tym samym momencie przysunęłyśmy się bliżej drzwi – ja prawych, ona lewych. Włożyłam słuchawki mojego ipoda do uszu i próbowałam się wyłączyć. Powoli odpływałam w spokojne fale muzyki. Nie zauważyłam kiedy jawa przemieniła się w sen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz