wtorek, 26 czerwca 2012

Rozdział pierwszy.

Forks.. to tam zmierzam. Właśnie siedzę w samolocie do Seattle. Trochę dziwnie się czuje. Ze słonecznej Florydy jedziemy do zachmurzonego stanu Waszyngton. Może będą jacyś przystojniacy. Uśmiechnęłam się do swoich myśli. Taak.. Chłopcy..
  Zawsze miałam u nich powodzenie. ale nie angażowałam się w nic. Związki na odległość nie mają sensu, a my w jednym miejscu nie jesteśmy góra rok. Bywało też tak, że tylko jeden semestr. Znowu spochmurniałam. Nie mogę mieć faceta. No chyba, że to będzie wakacyjna miłość. Taki mały romansik. Hm. To może się udać.
 - Zaraz lądujemy - zakomunikowała mi mama. Super. Syna znajomych ojca ma nas odebrać. Jakoś mi się to nie uśmiecha.
  Wysiadamy z samolotu. Idziemy po odbiór walizek. Udajemy się na parking.
  Proszę, żeby to nie był pryszczaty kujon, proszę, proszę, proszę! Wtem podszedł do nas wysoki i baardzo przystojny indianin.
 - Siema, jestem Seth. Pani, to pani Taylor? - zwrócił się do mojej mamy i gdy na mnie spojrzał dopiero zorientowałam się, że stoję z otwartą buzią. Minęła dobra minuta zanim przypomniałam sobie jak się ją zamyka. Chłopak uśmiechnął się lekko. Kurczę! Takie ciacho, a ja już zrobiłam z siebie idiotkę.
 - Hej, jestem Seth - wyciągnął do mnie rękę. O gasz! Nawet głos ma wpaniały! Cass, oddychaj.
 - Cassandra - uścisnęłam jego dłoń, a on ją lekko potrząsnął posyłając mi ciepły uśmiech. STOP! Czemu on się TAK na mnie patrzy? Z takim.. uwielbieniem? Nie! Cassandro świrujesz. Mniej czekolady..
  Wsiedliśmy do jego samochodu i udaliśmy się do naszego nowego domku, żeby odłożyć walizki.  Później czeka nas obiadek u tatusia. Ysz.. nie chcę! Mama mówiła, że tata nie umie gotować. Się okaże..
  Podjechaliśmy pod dom ojca, a tam niespodzianka! Na werandzie siedziało na oko sześciu takich napakowanych indianinów jak Seth! Łaał.. tato, masz super kolegów. Nagle podszedł do mnie jeden z nich i mocno przytulił. Na początku byłam zdezorientowana, a potem.. Nie mogłam oddychać!
 - Paul! Puść ją! Ona nie może oddychać. Zobacz jak zmienia kolory - śmiał się jeden z nich, a ja poczułam, że moje płuca znów mogą swobodnie się poruszać.
 - Hej, Cass! Pamiętasz mnie? Powiedz, że tak! - błagał Paul. Hm. Kim on jest? O Boże! Mam nadzieje, że to nie mój ojciec. Dobra, powiem, że nie to się wytłumaczy.
 - Em. Nie. Chyba nie.. - dukałam. Spojrzał na mnie smutnym wzrokiem, więc dodałam - A ty jesteś..?
 - Twoim bratem - dopowiedział już bez entuzjazmu. Podszedł do nas wysoki, w podeszłym wieku indianin.
 - Nie przejmuj się - facet położył Paulowi rękę na plecach - miała niecały rok. Nie pamięta - a teraz zwrócił się do mnie - Cassandro, jestem twoim ojcem - jak to usłyszałam mało co nie złapałam pompy. Normalnie jak w jakiś serialach. Wszyscy stali i patrzyli jak zapewne robię się coraz bardziej czerwona od powstrzymywania wybuchu. Ich miny mi wystarczyły. Już chwilę później leżałam na ziemi i zwijałam się ze śmiechu - Coś nie tak? - spytał ojciec gdy już "wróciłam do żywych".
 - Nie tylko.. Jestem twoim ojcem, przyznaj to dość dziwnie brzmi - odparłam i zachichotałam.
 - Ale to prawda - widać mu nie było do śmiechu, bo powiedział to tak ostro, że od razu się zamknęłam.
  Obiad był bardzo dobry, ale za bardzo nie zwracałam uwagi na to co jem, bo Seth siedział naprzeciwko mnie. Te jego piwne, przepiękne oczy, ciemne włosy, zniewalający uśmiech.. uh. Mój ideał. Gapiłabym się tak w niego pewnie dłużej, ale i on na mnie spojrzał. Nasze oczy się spotkały, a ja spłonęłam rumieńcem. On chyba też, ciężko to stwierdzić, bo ma strasznie ciemną cerę.
    Po obiedzie przyszedł czas na zapoznanie się z kumplami Paula. Wszyscy po kolei mnie przytulali. Było mi nieswojo, ale byli zbyt silni, żebym mogła protestować. A więc Jacob, Jared, Embry, Quill, Sam. Hm. Jak ja mam to zapamiętać?! Eh. Może kiedyś. Nie, co ja mówię. Przecież tak długo nie zostanę. W oczach zakręciły mi się łzy. Wyszłam na dwór, żeby ochłonąć. Szłam przed siebie, a przez załzawione oczy niewiele widziałam. Wpadłam na drzewo. Ałła.. STOP! Gdzie ja jestem? W lesie? Spokojnie. Cass.. Wszystko będzie dobrze. NIE! Nic nie będzie dobrze. Nawet nie widać świateł domów! Usiadłam i rozpłakałam się już na dobre. Nagle coś za mną w krzakach zaszeleściło. Gwałtownie się odwróciłam i to co zobaczyłam przeraziło mnie nie na żarty. Wielki, piaskowy wilk patrzył na mnie z ulgą w oczach. Zje mnie! Na pewno! Powoli zaczęłam się wycofywać ( na czworakach ), a wilk zniknął. Poszedł po kumpli. To koniec. Rozszlochałam się. To koniec.. Z miejsca, w którym zniknął wilk pojawił się Seth i  mocno mnie przytulił.
 - Wszyscy się o ciebie martwią - szepnął mi do ucha, a moje łzy toczyły się już bez głośnego szlochu - cii.. już dobrze.
 - Ale ten wilk! On tam był! Taki wielki! - wtuliłam się w jego ciepły tors - boje się - Co?! Ja to powiedziałam? OK. Naprawdę świruje.
 - Już dobrze. Nie bój się. Nie dam cię skrzywdzić - szeptał i powoli mnie podnosił.  Chwilę potem mnie niósł.
  Dochodziłam już do siebie i analizowałam to co mi powiedział. Nie, to na pewno ze względu na to, że jestem siostrą Paula. Przecież jakby mi się coś stało mój braciszek by go uszkodził. Już gadał ze mną na ten temat. Eh. Nie będzie wakacyjnego romansu, bo taki ktoś jak Seth nawet na mnie nie spojrzy. Tak rozmyślając oddałam się w objęcia Morfeusza.
 
  Obudziły mnie krzyki. Kto do jasnej ciasnej drze się z samego rana?!
- Zostaw ją w spokoju! - darł się nie kto inny jak mój braciszek Paul.
- Wiesz, że nad tym nie panuje! Ona jest dla mnie wszystkim. - mówił zrozpaczony.. Seth? O gasz! On kogoś kocha! Mimo to dalej słuchałam.
- Mnie to mało interesuje! Cass ma nic nie wiedzieć o wilkołakach. Nie ręczę za siebie jak coś jej powiesz! - krzyczał dalej Paul. A więc tu chodzi o mnie? On coś do mnie czuje! Pewnie skakałabym z radości, gdyby nie wzmianka o wilkołakach. Coś mi się przesłyszało, one nie istnieją. Mimo to sprawdzę. Już miałam spokojnie zejść i pogadać z Paulem gdy.. zaraz! Co on powiedział? Seth nie może się ze mną zadawać? Wszystko się we mnie zagotowało.
- Paul! - wydarłam się tak głośno, że chyba było mnie słychać w całym La Push ( spałam u taty ). Gdy tylko mnie usłyszał od razu wbiegł na górę ze Sethem. Dobra, przy nim nie poruszę tego tematy ( w sensie, że czemu nie możemy być razem ), ale inny owszem.
- Chcę wszystko wiedzieć! - zażądałam. Spojrzeli po sobie wymownie. Na twarzy Paula gościła gniew, a na Setha grymas bólu.
- Wszystko, czyli..? - próbował zyskać na czasie. Znam go niecałe 24 godziny, a już wyprowadza mnie z równowagi.
- Czyli wszystko o wilkołakach! - odparłam z groźną miną. Paul udał rozbawionego ( słabo mu to wyszło ), a jego towarzysz spuścił oczy.
- Siostra świrujesz - śmiał się - przecież one nie istnieją!
  Poczułam się zdezorientowana. Spojrzałam z nadzieją na mojego młodego boga, ale on był rozdarty. Nie wiem o co tu chodzi, ale dowiem się! Inaczej nie nazywam się Cassandra Taylor. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz