wtorek, 26 czerwca 2012

Rozdział jedenasty.

Gdy dotarliśmy do domu szamanki,Sigma stała w progu z nienawistna miną. Purpurowa na twarzy już otwierała usta,żeby najprawdopodobniej na nas nakrzyczeć, ale ja przez dotąd nieznany mi impuls zabrałam Bryanowi moją torbę, pobiegłam do pokoju, w którym wcześniej przebywałam i się zamknęłam. Usiadłam na podłodze i opierając się o łóżko wyciągnęłam komórkę z torby. Obracałam urządzenie w dłoniach, zastanawiając się czy nie zadzwonić do Setha. Z jednej strony chciałam usłyszeć głos ukochanego, z drugiej jednak nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć. Przecież nie palnę do niego czegoś w stylu: Wiesz Seth, jak na razie nic się nie działo… Tak, już poznałam kogoś… No, ma na imię Brayan. Nie, no, Seth po takim telefonie na pewno by tu zaraz był. A tego nie chcę. Znaczy Alice uważa, że to zły pomysł, aja ją popieram. Przecież chciałabym się zobaczyć z moim chłopakiem.
Byłam skołowana. Nie wiedziałam,czego tak naprawdę chcę, kogo naprawdę kocham. Seth… Spodobał mi się na początku. W końcu, kto by się nie zakochał w buźce anioła i mięśniach sportowca. To, połączone z jego piwnymi oczami i czarnymi włosami, tworzyło niemal chłopaka idealnego. Niemal. Przez to całe wpojenie Seth… Przybiega do mnie na każde zawołanie i spełnia każdą prośbę. Niektórym może by się to spodobało,ale ja szukam chłopaka, nie psa. Chciało mi się śmiać jak tak o tym myślałam,jednak szybko mi to przeszło, bo uświadomiłam sobie, że to prawda. Nie umiałam sobie tego wyobrazić. Naszej wspólnej przyszłości. Może będą jakieś kłótnie.Oh, kto by nie marzył o związku bez kłótni! Jednak byłoby wtedy nudno.
Postanowiłam jednak do niego zadzwonić. Wystukałam na telefonie znajome liczby. Przyłożyłam aparat do ucha i słuchałam sygnału. Uświadomiłam sobie, jak bardzo liczę na to, żeby jednak nie mógł odebrać i potrząsnęłam głową.
- Słucham. – w słuchawce odezwał się znajomy, zmęczony głos. Jednak nie był to Seth.
- Paul?! – wykrzyknęłam zdezorientowana.
- O, cześć, Cassy! Jak tam? –zapytał jakby nie usłyszał mojego zdziwienia.
- Gdzie Seth?
- Seth jest… w lesie. Tak, jest w lesie na patrolu.- dodał jakby chciał przekonać sam siebie.
- Na patrolu? To dlaczego masz jegot elefon? – zadawałam pytania. Coś mi tu nie pasowało.
- Zostawił go u mnie. Nie będę się tobie tłumaczył. – uciął. Słyszałam, że był zły. – Poznałaś już kogoś? –szybko zmienił temat. Milczałam. Nie wiedziałam co mam mu powiedzieć. Z przerażeniem odkryłam, że nie umiem kłamać, a nie chciałam mu mówić o Brayanie.Na samą myśl o nim, zaczęłam się zastanawiać czy jeszcze jest na dole.Zachowałam się jak rozwydrzone dziecko, uciekając stamtąd. Postanowiłam, że nie wspomnę Pauly’emu o nowo poznanym chłopaku. Nie chodziło o to, że nie ufałam bratu. Wręcz przeciwnie, wiedziałam, że pomógłby mi niezależnie od sytuacji.Ale ta więź między wilkami… Ona by wszystko popsuła. Wilki w stadzie nie mogą mieć przed sobą tajemnic. To po prostu niewykonalne. Ciekawe czy poprzez pobyt tutaj, będę przynależeć do miejscowej watahy.
- Tak, poznałam miejscową szamankę. Jest stara i dziwna – wyrzuciłam w końcu z siebie.
- Tylko? – ciągnął. Miałam nadzieję, że nie usłyszał w moim głosie tej zdradzieckiej nuty zdenerwowania
- Powiedziała, że jestem demonem.– wyszeptałam. Mój ponury głos w tym momencie nie był udawany. Naprawdę bałam się tej myśli. Demon to coś, co opętuje nas, a raczej nasze umysły. Można by powiedzieć, że demon, inaczej szatan to stan umysłu. Myślisz, że jesteś zły to takim się stajesz. Stajesz się demonem, pragniesz zła i smutku innych, jesteś złem. Potrząsnęłam gwałtownie głową. Nie jestem zła. Nie chcę być zła. Nie jestem demonem!
- Nie rozumiem. Co miała na myśli mówiąc, że jesteś demonem? – Paul był nie tylko pełen współczucia, ale też złości. Dobre pytanie, o co chodzi? Sama chciałabym to wiedzieć.
- Nie mam pojęcia, ale cały czas to powtarzają. Nie mogę też wychodzić z wioski, bo muszą mnie wychować. –mruknęłam poirytowana. Wychowywać to oni mogą te pieprzone psy, które są uwiązane do płotu, ale nie mnie.
Usłyszałam kroki na schodach i ciche pukanie do drzwi. Pomyślałam, że to Brayan, więc szybko pożegnałam się z bratem. Odłożyłam telefon na szafeczkę i podeszłam do drzwi. Kiedy je otworzyłam stała za nimi Sigma i jakiś facet. Owszem, Brayan też tam był, ale stał za mężczyzną ze spuszczoną głową. Odkąd go poznałam, pierwszy raz widzę jak jego pewność siebie wyparowała. Obserwowałam go z ciekawością godną małego dziecka. Kolejne wcielenie tej pięknej twarzy. Chyba mogę tak myśleć, będąc w związku. W końcu nie zdradzam Setha, po prostu oceniam czyjś wygląd. Jestem żałosna. Już sama siebie przed sobą usprawiedliwiam. Pokręciłam głową i spojrzałam na resztę gości.
- O co chodzi? – spytałam ostro.Po chwili dotarło do mnie, że w końcu to ja jestem u nich, nie odwrotnie i w każdej chwili mogą mnie wyrzucić. Od razu spokorniałam i dodałam łagodniejszym tonem:
- Przepraszam za to, że wyszłam.Brayan mówił, że mi nie wolno, ale się zaparłam.
Nowo przybyli popatrzyli na siebie szeroko otwartymi oczami. Później facet wybuchnął śmiechem. Blondyn zanim jeszcze bardziej się skulił. Wiem, trochę podkoloryzowałam tą sytuację, ale to żeby ratować kolegę. W ogóle nie pomyślałam o tym, co on mógł im powiedzieć.Zarumieniłam się i wycofałam do pokoju, dając gościom znak, żeby też weszli.Usiadłam na łóżku. Spuściłam oczy i zaczęłam delikatnie machać nogami.Obejrzałam, prawie brązowe od krwi, bandaże i z zadowoleniem stwierdziłam,  że nie ma na nich nowych, czerwonych plam.Będę mogła je w końcu zdjąć. To dziwne, jak szybko można się przyzwyczaić do tego, że rany się błyskawicznie goją. Tak naprawdę dziwnie by mi teraz było,gdyby to ustało.
Mężczyzna wszedł pewnie i rozejrzał się po pomieszczeniu. Ogarnął wzrokiem puste półki, szafki, leżącą na podłodze torbę. W końcu i mnie. Wpatrywał się we mnie długo i intensywnie.Przez chwilę jego oczy zrobiły się żółte, dzikie. Ale zaraz zamrugał i znowu miał normalne tęczówki.
- A więc, to ty jesteś Nemze? –znowu to pytanie. Wydęłam policzki i pokiwałam głową.. – Interesujące,spodziewałem się czegoś bardziej… egzotycznego. Tak w ogóle to jestem Nate.
Nate posłał mi uwodzicielski uśmiech, a mnie zatkało. Co to znaczy egzotycznego?Jak jakiś kwiatek? Czemu wszyscy tutaj traktują mnie jak jakiś rzadki okaz roślinki czy zwierzątka? Skrzywiłam się. Przyjrzałam się lepiej mojemu rozmówcy.Pewnie należy do stada. Był dobrze zbudowany. Ciemnobrązowe włosy miał postawione na żel. I ewidentnie rozbierał mnie tymi swoimi brązowymi oczami.Usłyszałam warkot. Kiedy mężczyzna się cofnął, zorientowałam się, że wydobywa się z mojego gardła. Z przerażeniem spojrzałam na Brayana, ale on próbował powstrzymać śmiech. Kiedy zauważył moje spojrzenie puścił do mnie oczko. Nate chyba chciał pokazać, że kontroluje sytuację, więc uśmiechnął się szeroko.Jedynie w jego oczach czaiła się groźba.
- Niegrzeczna dziewczynka. –mruknął pod nosem, obserwując mnie z bezpiecznego miejsca za szamanką. – Tak poza tym, to Brayan powiedział nam dokładnie to samo. Tylko w jego wersji to on był tym złym.
Popatrzył przymrużonym wzrokiem na chłopaka. Tamten tylko stał, wpatrując się w swoje buty i wzruszył ramionami. Sigma ignorując wszystko wokół podeszła i położyła mi rękę na głowie.
- Może trochę zaboleć. Musimy się dowiedzieć czy on już o tobie wie.
Nie miałam pojęcia, o co chodzi,ale też nie miałam szansy o to zapytać. Szamanka przymknęła oczy, mamrocząc słowa w nieznanym mi języku. Poczułam coś jakby szarpnięcie w mózgu, a potem olbrzymi ból. Chciałam złapać się za głowę, krzyczeć, ale mogłam tylko patrzeć przed siebie tępym spojrzeniem. W pewnym momencie przed oczami miałam tylko czarną przestrzeń, a gdzieś wewnątrz jej białe jaskrawe światło, które sprawiało mi jeszcze więcej bólu. Ze światła zaczęły się wydobywać zdjęcia.Znaczy, nie tak dosłownie, ale nie umiem inaczej tego nazwać. Widziałam tam moich starych znajomych z poprzednich szkół, sforę z La Push, mamę, tatę,Setha, Paula, wszystkich, którzy coś dla mnie znaczą. Później wizja zmieniła się i przed oczami miałam twarz chłopaka. Doskonale ją pamiętałam. To on mnie przed czymś ostrzegał, kiedyś u Callenów. To jego widziałam, kiedy byłam nieprzytomna.
Sigma odsunęła się ode mnie z wyrazem obrzydzenia na twarzy, a ja upadłam na podłogę, trzymając się za głowę i wijąc z bólu. Brayan próbował do mnie podejść, ale szamanka zagrodziła mu drogę. Spojrzałam na nich przez łzy. Zamiast ludzi widziałam potwory. Straszne stwory o czarnej, odbijającej tęczę skórze. Barwą przypominała plamę ropy na ulicy. Zamiast oczu mieli miliony czerwonych kryształków. Z bezkształtnych kończyn zamiast palców wyrastało tysiące ostrych noży. Krzyczały na mnie. Nie wiedziałam co mówią, słyszałam tylko przeraźliwe piski. Zakryłam uszy i sama zaczęłam się drzeć. Na kolanach wycofywałam się do tyłu, aż poczułam ścianę za plecami. To mój koniec. Zabiją mnie. Oh, ile bym teraz dała, żeby przemienić się w to coś, nawet jeżeli to demon.
Jak tylko o tym pomyślałam,poczułam pod palcami jak moje uszy się wydłużają. Skóra zaczęła pokrywać się sierścią. Nagle poczułam się bardzo pewna siebie. Mimo bólu wstałam i popatrzyłam wyzywającym wzrokiem na potwory. Jednak nie było ich. Przede mną stali Brayan, Sigma i Nate. A ja ze zgrozą uświadomiłam sobie, że nie mogę przerwać transformacji. Miałam wrażenie jakby coś mi siedziało w głowie. Druga dusza. Próbowała wypchnąć moją na dalszy plan, żeby przejąć kontrolę nad zmieniającym się ciałem. Krzyczałam, żeby przestała. Darłam się, że mnie toboli. W końcu zaczęłam wyć. Jak wilk. Zwierzę.
Opadłam na cztery łapy. Gdy popatrzyłam na swoich przestraszonych towarzyszy z góry, pierwszy raz pomyślałam o sobie jako o demonie. Pokręciłam wielkim łbem, próbując wyrzucić z głowy to coś, co próbuje mnie opętać. Nie chciałam nikomu robić krzywdy. Brayani Nate zaczęli się trząść. Będą się zmieniać? Nieoczekiwanie wyrwał mi się z pyska wilczy śmiech. Powodzenia, nie powstrzymacie mnie – przemknęło mi przez głowę. Nie pomyślałam tego. Szeroko otworzyłam oczy i rozejrzałam się w poszukiwaniu drogi ucieczki. Drzwi były zastawione. Zostało okno. Jestem zmutowanym wilkiem, nie powinno mi się nic stać. Jednym susem znalazłam się przy oknie. Skoczyłam. Wybiłam szkło głową. Lewie poczułam, że w ogóle skoczyłam z tak wysoka. Moje łapy delikatnie dotknęły ziemi i odbiły się szykując do biegu.Biegłam w stronę lasów. Nie chciałam nikogo krzywdzić, a czułam, że powoli przegrywam pojedynek z tą istotą wewnątrz mnie.
Usłyszałam za sobą odgłosy pościgu. Instynktownie się odwróciłam i wyszczerzyłam w ostrzegawczej pozie zęby. Przede mną zatrzymało się pięć wilków. Górowałam nawet nad najwyższym z nich, rudym basiorem. Po jego lewej stał jasny, mniejszy, ale równie groźnie wyglądający. Od razu pomyślałam, że to Brayan, miał takie same oczy. Warcząc wycofywałam się tyłem, ale reszta stada mnie otoczyła. Poczułam jak tajemnicza siła wycofuje się z mojego umysłu i zaczęłam się z powrotem zmieniać w człowieka. Opadłam bez sił na kolana. Skuliłam się chcąc ukryć swoją nagość i zaczęłam płakać. Wilki na chwilę mi zniknęły z oczu. Zaraz poczułam jak ktoś mi zarzuca koc na ramiona. Ów ktoś chciał mnie wziąć na ręce, ale zaraz obok pojawił się Brayan. Odepchnął, jak teraz zauważyłam, rudego mężczyznę i wziął mnie na ręce. To pewnie ich alfa. Myślałam, że jest nim Nate, w końcu blondyn chyba się go bał.
- Wszystko w porządku? – spytał z troską jasnooki.
- Nic nie jest w porządku. –pozwoliłam sobie wtulić się w jego tors. Marzyłam o tym, żeby wszystko było jak dawniej.

Rozdział dziesiąty.

- Niestety nie mogę tego zrobić –odparł spokojnie Brayan.
- Jak to, nie możesz?! –wybuchłam. Chłopak skulił się pod siłą mego spojrzenia. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, aż wreszcie zebrał się na odwagę i kontynuował.
- Po prostu nie wiem o tym zbyt dużo. Wiem, że jest demon o imieniu Nemze, na nasze to znaczy Biała Wilczyca.Ona jest niebezpieczna i niebezpiecznie piękna – puścił do mnie oko przez co moja twarz spłonęła rumieńcem. – Białą Wilczycę, z tego co wiem trzeba„wychować”. No nie patrz się tak na mnie. – blondyn wybuchnął śmiechem na widok mojej zdezorientowanej miny. Ogólnie nie winiłam go za to, że tak mało wie, bo przecież ja nic nie wiedziałam, ale fragment o wychowywaniu mnie zdegustował nieco mój umysł. Chodzi o mój sposób bycia? O sposób wyrażania siebie? O moje maniery?
 - Brayan… - zaczęłam cicho. Trochę za cicho,bo nie słyszał mnie przez swój głośny śmiech – Brayan! Możesz mnie posłuchać?!– szturchnęłam go. Zdezorientowany spadł z łóżka. Teraz to ja się śmiałam.Chłopak spojrzał na mnie próbując przyjąć obrażoną minę, po czym na jego ustach pojawił się złowieszczy uśmiech, co pozwoliło mi sądzić, że wpadł na jakiś szatański pomysł.
Nim zdążyłam jakkolwiek zareagować rzucił się na mnie przygniatając mnie ciężarem całego ciał
a i zaczął łaskotać. Z początku śmiałam się, ale z czasem melodia mojego śmiechu zamilkła i z oczu zaczęły się toczyć łzy. Zarówno bólu, jak i złości. Bolało mnie całe ciało, a zła byłam na Brayana za to, że zapomniał o moich licznych ranach. Jednak gdy tylko się zorientował, że coś jest nie tak, wstał ze mnie i rozszerzył oczy w szoku.
- Przepraszam – zero reakcji z mojej strony skłoniło go do starcia jednej z łez płynących po moim policzku – Cassandra, odezwij się. – w jego głosie słychać było smutek.
Moja złość na niego zaczęła się ulatniać. Spojrzałam w te piwne oczy i uśmiechnęłam się przez łzy. Odwzajemnił uśmiech, tylko, że jego oczywiście był prowokujący. Objąwszy mnie delikatnie powiedział, że jak chcę zobaczyć okolicę to z chęcią mnie oprowadzi. Przyjęłam zaproszenie.
Pierwszym punktem wycieczki był las. Mimo, że w Forks widziałam wiele skupisk drzew, to ten był wspaniały.Stałam na środku polany o bliżej nieokreślonym kształcie. Rosły tu pomarańczowe i fioletowe kwiaty, których też nie umiałam rozpoznać. Przez środek polanki biegł potok z krystaliczną wodą. Rozmarzona zanurzyłam w nim dłoń. Brayan stanął za mną i obserwował z zainteresowaniem. Przysiadłam na trawie wystawiając twarz na działanie słońca. Dopiero teraz zauważyłam, że jest go tu więcej niż w mieście ojca. Może nie tak dużo jak na Florydzie, ale zawsze coś.Zerwałam jeden z pomarańczowych kwiatków i odwróciłam się do chłopaka z zapytaniem jaki to gatunek, ale on leżał wyciągnięty na trawie i słodko chrapał. Uśmiechnęłam się na ten widok i delikatnie pogłaskałam go po bicepsie.Drgnął i już myślałam, że się obudzi, ale on tylko rozciągnął usta w przyjemnym uśmiechu. Nie był to ten zarozumiały, który posyłał mi za każdym razem, nie ten wyćwiczony, ale prawdziwy. Uśmiech chłopca, którym z resztą jeszcze był. Bo wątpię, żeby był dużo starszy ode mnie. A sądząc po chłopcach z La Push mógł mieć nawet piętnaście lat.Nie wiem ile czasu siedziałam i przypatrywałam się tej twarzy, ale jak Brayan otworzył oczy było już ciemno.
Jeszcze raz omiotłam wzrokiem tą buźkę anioła. W blond włosach były jaśniejsze od słońca refleksy. Poczułam ochotę, aby zatopić palce w tej blond czuprynie. Powstrzymałam się w ostatniej chwili. W końcu masz chłopaka, pomyślałam. Nie wolno ci tego robić.
- Co się gapisz? – spytał chłopak z tym swoim pewnym uśmiechem.
- Nic, nic. – odparłam speszona i odwróciłam wzrok.
- Przepraszam, trochę mi się przysnęło. Nie spałem zbyt dobrze. – zarumienił się. Dostrzegłam falę purpury zalewającą mu twarz i na moich ustach zagościł szyderczy uśmiech. Pomyślałam,że mnie pilnował.
- Byłem z… koleżanką – dokończył zmieszany. Czyli jest zajęty… Uśmiech momentalnie opuścił moją twarz, oczy przygasły. Odwróciłam od niego wzrok i spojrzałam na strumyk. Widząc w nim swoje odbicie wyrażające rozpacz, przywołałam na buzię sztuczny uśmiech. Jednak oczy nadal pozostały puste. Za dużo sobie pochlebiasz, podszeptywał mi cichy głosik. On ma prawo do swojego życia, znacie się tylko jeden dzień.
- Wszystko dobrze? –zaniepokojony Brayan dotknął mojego ramienia. Umysł mówił mi, że powinnam, się odsunąć, ale on oparł mnie sobie o pierś, a ja nie umiałam odmówić.
- Powinnaś leżeć – źle zinterpretował moje zachowanie. – Źle że cię tu przyprowadziłem. Pogorszyło ci się? – bez słowa mocniej wtuliłam się w jego tors. Nie powinnam, ale nie mogłam się oprzeć. Przy delikatnym bujaniu Brayana prawie usnęłam. Byłam już między snem a jawą. Bliżej tego pierwszego, gdy nagle przed oczami stanęła mi zdenerwowana twarz Alice. Zerwałam się na równe nogi i z przerażeniem spojrzałam na mojego zaskoczonego towarzysza.
- Która godzina? – nie odpowiedział od razu. Zaczął czegoś szukać po kieszeniach. – Brayan, to ważne!– Mój głos podniósł się o kilka oktaw. Chłopak zmarszczył brwi i wydobył z kieszeni w dżinsach telefon.
- Spokojnie, spokojnie. –spojrzał na wyświetlacz. – Dopiero wpół do dziewiątej.
- Co??!! – wydarłam się i ruszyłam biegiem ścieżką w stronę wioski. Brayan biegł za mną. Jak tylko mnie dogonił złapał za ramię i zatrzymał.
- Cass,  gdzie ci się tak śpieszy? – spytał. Nie mogę mu powiedzieć o Cullenach. Nie wiem nic o nim, nie wiem czy można mu zaufać.
- Po prostu… zaprowadź mnie do tego miejsca, w którym zamieniłam się w tego…
- Demona. – miał lodowaty wyraz twarzy – Po co chcesz tam iść? – stał się podejrzliwy. Wpatrując się błagalnie w oczy chłopaka zagryzłam nerwowo wargę. Poczułam krew na języku.
- Brayan, proszę.
Nic nie odpowiedział, tylko ruszył szybkim krokiem przez las. Ledwo za nim nadążałam. Cały czas mamrotał coś pod nosem, że Sigma zabije go za wypuszczenie mnie z wioski. Zrobiło mi się głupio, ale musiałam powiedzieć Alice, że przez jakiś czas nie będziemy się mogły spotykać. I oczywiście wziąć z samochodu moją  torbę z ubraniami. Spojrzałam w dół na te pożyczone od siostry chłopaka. Trzeba będzie je wyprać i oddać. Przystanęłam na chwilę, bo zaczęło mi brakować tchu. Oparłam dłonie o kolana i oddychałam głęboko wpatrując się w stopy. Gdy podniosłam wzrok chłopaka nie było.Przyśpieszył mi rytm serca. Coś za mną w krzakach zaszeleściło i blada dłoń pociągnęła mnie do tyłu. Chciałam wrzasnąć, lecz lodowate palce zasłoniły m iusta. Do oczu cisnęły mi się łzy. Byłam niemal pewna, że to już mój koniec.Wtem zobaczyłam przed sobą smutną twarz Alice.
- Witaj, Cassandro.
- Oh, Alice! – zawołałam i rzuciłam jej się w objęcia. – Przestraszyliście mnie. Hej, Jasper – odwróciłam się do chłopaka stojącego za mną. Bez słowa kiwnął mi głową. Alice obejrzała mnie od góry do dołu i otworzyła szerzej oczy.
- Cass, słyszałam od Lei co się stało. Boże, całe twoje ciało jest pokryte bandażami! Jak my to wytłumaczymy dla Setha? Nie można nic mu mówić, bo przyjedzie i zepsuje cały nasz plan –paplała bez zastanowienia wampirzyca. Jednak miała racje. Seth dostanie szału-  Leah wraca do domu, a ty masz tu swoją torbę – podała mi ją i zaraz znowu przytuliła – W środku jest komórka. Jak tylko będziesz mogła się spotkać – zadzwoń, zrozumiałaś?
- Tak, tak.
- A i jeszcze jedno – uśmiechnęła się i z rozbawieniem pogroziła palcem – Co to za chłopak? Wie, że jesteś zajęta? – poczułam jak po policzkach rozlewa mi się fala ciepła.
- To kolega. A właściwie to ma mnie pilnować. – zdołałam wydobyć słaby uśmiech. – No właśnie! Muszę go znaleźć. Będzie zły – skrzywiłam się.
- Właśnie tu idzie. Do zobaczenia Cassy. – powiedziawszy to oboje pobiegli w las.
Wzięłam torbę na ramię i zaczęłam się przedzierać przez gąszcz.
- Jaka ona ciężka – mruczałam pod nosem idąc przez gęsty las. W końcu wyszłam na ścieżkę, na której stał zdenerwowany Brayan. Bez słowa podałam mu torbę i poszłam przodem w stronę wioski. Chłopak przez chwilę stał i patrzył to na mnie, to na mój bagaż. W końcu wzruszył ramionami i ruszył za mną przez las.

Rozdział dziewiąty.

  Zatrzymaliśmy się.Podniosłam wzrok znad odtwarzacza i zerknęłam na wampiry siedzące na przednich siedzeniach.
 - Czemu stoimy? –Leah zadała pytanie, głosem pełnym agresji.
 - Bo dalej nie możemy was zawieźć – odpowiedziała ze spokojem Alice – Musicie iść pieszo, ale spokojnie. To niedaleko.
  Zmiennokształtna wysiadła z samochodu mocno trzaskając drzwiami. Zadrżałam. Czyli następne kilka dni, jak nie dłużej mam spędzić z nią? No to ładnie. Jak Seth mógł do tego dopuścić? Jak ja mogłam do tego dopuścić?! No nic. W zamyśleniu wysiadłam z samochodu i zaczęłam iść, ale uświadomiłam sobie, że tak właściwie to ja nawet nie wiem gdzie mam iść. Zerknęłam na Alice, a ona z uśmiechem pokazała mi,żebym wróciła się do samochodu. Stanęłam koło drzwi pasażera i przez otwartąs zybę zajrzałam do środka.
 - Spotkamy się tutaj jutro o dziewiętnastej. Teraz musisz iść tą drogą. – wskazała na żwirówkę ciągnącą się przed nami – Zmierzasz do małej wioski rybackiej. Tam musisz odnaleźć Sigmę. Sigma jest odpowiednikiem Billy’ego Blacka. Pamiętaj, ona jest starą szamanką. Nie palnij czegoś.
 Spojrzałam na nią i z powagą skinęłam głową. Alice się pożegnała, Jasper zawrócił samochód i odjechali. Odwróciwszy się zobaczyłam Leę gapiącą się na mnie wyczekującym wzrokiem. Westchnęłam i ruszyłam przed siebie drogą wskazaną przez wampirzycę.Nie odwracałam się kiedy zmiennokształtna za mną wołała. Chciałam się odizolować. Pomyśleć. A więc podsumowując moje położenie utknęłam z siostrą Setha daleko od domu, mam szukać jakiejś szamanki, Sigmy, która mieszka w wiosce rybackiej. Prawdopodobnie będzie tam też wataha wilkołaków. A jeżeli oni coś będą chcieli ze mną zrobić? Jeżeli mnie skrzywdzą? Moje ciało zaczęły przechodzić pojedyncze dreszcze. Próbowałam wziąć kilka uspokajających oddechów,ale na nic się nie zdały.
  Nogi się pode mną załamały. Usłyszałam jak Leah do mnie podbiega. Nie wiedziałam skąd to wiem,ale wiedziałam, że jak Leah podejdzie to ją skrzywdzę.
 - Nie! Nie podchodź!– krzyczałam. A raczej warczałam na nią. Dosłownie z mojego gardła wydobywały się zwierzęce warknięcia. Z wnętrza brzucha po moim ciele zaczął się rozchodzić ból. Jakby lawa szukała wyjścia z mojego ciała. Zamknęłam oczy. Oddech mi przyśpieszył. W takiej agonii nie mogłam się skupić na myśleniu o uspokojeniu się. Kolejny wstrząs rzucił moim ciałem. Palce zaczęły mnie boleć. Jakby ktoś wyrywał mi paznokcie. Zacisnęłam pięści i poczułam lepką, ciepłą ciecz, która wylewała się z moich rąk. Zerknęłam w dół. Długie, czarne pazury przebijały mina wylot dłonie. W panice rozwinęłam pięści rozrywając bardziej, i tak już zmasakrowane ręce. W moich dłoniach zionęły dziury. Zanim zdążyłam jakkolwiek na to zareagować cała skóra zaczęła mnie swędzieć. Zerknęłam na ramiona, nogi.Z niewidzialnych porów wyrastały mi grube, białe włosy. A raczej sierść. Przejechałam rękoma po przedłużonej szczęce i pomacałam wielkie i ostre kły.
  Ktoś krzyczał. To była Leah. Krzyczała na dwóch barczystych chłopców. Chcieli do mnie podejść.Ona im nie pozwalała. Uśmiechnęłam się do nich ponuro i zerknęłam w niebo.Okrągła tarcza księżyca oświetlała mnie swoim zimnym blaskiem. Uśmiechnęłam się do niej jak wariatka, zadarłam głowę do góry i zaczęłam wyć. Jak wilk. Ale nie byłam wilkiem. Nie byłam też człowiekiem. Byłam czymś pomiędzy. Moje ciało nie chciało się dalej przemienić. A może ja to powstrzymywałam? Naprawdę nie myślałam o takich rzeczach. Wszystko przesłoniła żądza krwi jaką wyczułam. Czyto nie przypadkiem wampiry to czują? Na pewno nie byłam wampirem.
 - Nie! – krzyknęłam.Znaczy próbowałam, bo mój krzyk przemienił się w wycie, które przeszywało każdy centymetr kwadratowy lasu. Łzy zebrały mi się w oczach. Wiedziałam, że jak zaraz oni stąd nie pójdą to ich zabiję. A tego nie chciałam. W pewnym momencie zatrybiłam, że nie mam przed sobą już Lei i chłopaków tylko trzy wielkie wilki patrzące na siebie z zaskoczeniem. Mierzyły się wzrokiem zapominając o mnie.Wykorzystując to zerwałam się z miejsca, i z nadludzką prędkością pognałam w las. Ból w łopatce to była
ostatnia rzecz jaką pamiętałam zanim kompletnie pochłonął mnie wewnętrzny wilk.
 
  Otworzyłam oczy i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Zerknęłam w bok i zobaczyłam, że na łóżku obok mnie siedzi chłopak. Wysoki, o włosach w kolorze przypalanego piasku. Jego piwne oczy lśniły złotym blaskiem. Gdy zobaczył, że na niego patrzę uśmiechnął się figlarnie, a zarazem słodko. Biła od niego pewność siebie. Mój wzrok powędrował niżej. Chłopak nie miał na sobie koszulki. Jego klatka piersiowa i lewa ręka były obandażowane. Na prawym ramieniu widniały blizny po głębokich,szarpanych ranach. Wzdrygnęłam się. Spojrzałam teraz na siebie. Nie miałam na sobie nic. Absolutnie nic, oprócz białego prześcieradła, na którym były czerwone plamy krwi. Chciałam je podsunąć wyżej, żeby bardziej się zakryć, ale jak podniosłam rękę przez moje ciało przeszła błyskawica bólu. Zassałam powietrze.
 - Nie ruszaj się –powiedział ostro blondyn. Posłusznie opuściłam powrotem rękę na łóżko.
 - Gdzie jestem? –zapytałam słabym, chrapliwym głosem.
 - W domu Sigmy. –uśmiechnął się do mnie tym swoim uśmiechem. – A tak poza tym jestem Brayan.
 - Cassandra. Chwila.Jak się tu znalazłam?
 - Obudziła się w tobie bestia, dziecko. – odpowiedział mi stary kobiecy głos. Domyśliłam się, że to Sigma. Do pokoju weszła kobieta w podeszłym wieku z twarzą pooraną zmarszczkami. Wyglądała, jakby była koło osiemdziesiątki, ale jak się spojrzało w jej oczy można by rzec, że przeżyła kilka wieków.
 - Jak to, bestia?! –zapytałam podniesionym głosem i nerwowo się poruszyłam, co sprawiło kolejną błyskawice. Cicho jęknęłam. Brayan położył mi delikatnie rękę na ramieniu. Miał taki wspaniały ciepły i przyjemny dotyk.
 - Cassandro, czego nie rozumiesz w słowach „nie ruszaj się”? – zapytał ściągając brwi. Zignorowałam go i próbowałam usiąść ignorując ból i spadające prześcieradło.
 - Gdzie Leah?! –wydarłam się. Nie zamierzałam. Ale te nerwy i w ogóle.
 - Ta wilczyca?Odpoczywa. Spokojnie Lucas się nią opiekuje. – chłopak mrugnął do mnie. Lucas?Spoko. Czyli ja się o nią martwię, a ona podrywa jakiegoś Lucasa?! Oddech mi przyśpieszył. Poczułam kadzidełko. Nie cierpię kadzideł. Zmarszczyłam nos i spojrzałam w stronę staruszki. Paliła jakieś zielsko. Brayan delikatnie, acz stanowczo z powrotem położył mnie na łóżku i zakrył szczelniej. Posłałam mu słaby uśmiech.
 - Dlaczego tutaj jesteś? – zapytała Sigma wymachując ziołami nade mną.
 - Szukam odpowiedzi na to co się ze mną dzieje – wyrecytowałam to jak wyuczoną formułkę – Moje oczy… z nimi jest coś nie tak. A poza tym, wczoraj, to było wczoraj? –zerknęłam na chłopaka. Kiwnął głową. – A więc wczoraj w nocy przemieniłam się w coś bardzo dziwnego i jak to ty jesteś Sigma, to mam nadzieję, że powiesz mi co się ze mną dzieje. Wiele słyszałam o twojej mądrości. – oczywiście ostatnie zdanie było kłamstwem. Prawie nic o niej nie słyszałam, ale ona nie musi o tym wiedzieć. Zagryzłam wargi i obserwowałam mimikę jej twarzy. Jej mądre oczy zaszły mgłą.
 - Budzi się w tobie moc plemienia Nzema, dziecko. – przemówiła potężnym głosem szamanka – Moc, o której nie masz pojęcia. Póki nie rozwinie się prawidłowo nie będziesz wypuszczana z wioski. – zamrugała i jej oczy wróciły do poprzedniego wyglądu. –Twoja towarzyszka, Szara Wilczyca, musi odejść. – powiedziała to głosem nieznoszącym sprzeciwu.
 - Powiadomię ją –powiedział Brayan podnosząc się, ale Sigma położyła mu rękę na ramieniu.
 - Nie chłopcze. Ja z nią porozmawiaj. Ty opiekuj się Nemze.
 - Jak mnie nazwałaś?– zapytałam zdezorientowana. – Mam na imię Cassandra. C-a-s-s-a-n-d-r-a.
 - Nie mówiłam o tobie, dziecko. – odparła szamanka, a ja zrobiłam minę „wtf” – Mówiłam o Białej Wilczycy. – wypowiadając te słowa skłoniła mi się lekko i odeszła. Patrzyłam się na drzwi jeszcze długo po jej wyjściu. Ciszę przerwał Brayan.
 - A więc to ty jesteś Nemze? – zapytał lekko podekscytowany.
 - Nem-co? O czym wy do diabła mówicie! – wybuchłam.
 - Nemze. Biała Wilczyca. – zrobił pauzę – Demon. – uśmiechnął się. Mi nie było do śmiechu.Jestem demonem?
 - Czy mógłbyś mi oddać moje ubrania? – starałam się być uprzejma, ale w moim głośnie było słychać rozdrażnienie.
 - Nie jest to możliwe– odparł uciekając wzorkiem w bok.
 - Bo…?
 - Bo rozdarłaś je w czasie przemiany w… to coś.
 - Widziałeś mnie nago? – moje oczy się rozszerzyły i nie zważając na ból podciągnęłam nogi do siebie i zakryłam się szczelniej prześcieradłem.
 - Miałaś się nie ruszać! – warknął Brayan, a jego oczy przez chwilę były takie jak moje.
 - Okey. Daj mi ciuchy. Teraz!
 - Dobra, zobaczę coda się zrobić. – odpowiedział i wyszedł zostawiając mnie samą w pokoju.
  Zaczęłam oględziny mojego ciała. Zerknęłam na dłonie. Tam gdzie powinny być dziury były czerwone od krwi bandaże, ale mimo że nie widziałam dłoni, wiedziałam, że dziur tam niema. Podniosłam delikatnie prześcieradło i wytrzeszczyłam oczy. Prawie całe ciało było w przesiąkniętych krwią bandażach, a tam gdzie ich nie było widniały podrapania i siniaki. Jak to się stało? Nie zdążyłam się nad tym zastanowić,ponieważ drzwi się otworzyły i wszedł Brayan niosąc jakieś ubrania. Szybko zakryłam się prześcieradłem zanim cokolwiek zobaczył.
 - Proszę – wręczył mi ubrania. – Są mojej siostry, powinny być dobre.
 - Em, dzięki. –wzięłam je od niego – Mógłbyś wyjść? Chcę się ubrać – czułam, że moja twarz płonie czerwienią, ale nic nie mogłam na to poradzić. Posłał mi swój uśmiech.
 - Jasne – i już gonie było. Jakby się teleportował za drzwi. Usiadłam krzywiąc się. Założyłam stanik, majtki. Czarną bluzkę na krótki rękaw i dżinsowe krótkie spodenki.Dziwne, wszystko miało metki. Stanęłam na chwiejnych nogach i powoli zaczęłam iść w stronę drzwi, które się otworzyły. Zachwiałam się i wylądowałam w ramionach Brayana.
 - To że pozwoliłem ci się ubrać, nie znaczy jeszcze, że pozwoliłem chodzić – posłał mi karcące spojrzenie.Zachowywał się tak, jakbyśmy się znali. A przecież pamiętałabym takiego przystojniaka.
 - Muszę zadzwonić. –tylko tyle zdołałam powiedzieć. Jego twarz była tak blisko mojej, że nie mogłam się skupić na angielskim. Patrzyliśmy sobie w oczy. Jego błyszczały. Moje pewnie też. Brayan pierwszy się otrząsnął i delikatnie posadził mnie na łóżku.Usiadł obok i podał mi telefon komórkowy. Po tym jak blisko byliśmy nie mogłam się na niczym skoncentrować. Drżącą ręką wzięłam telefon i próbowałam przypomnieć sobie numer do Setha. Liczby latały wokół mnie. W końcu wybrałam odpowiedni numer i czekałam aż odbierze. W czasie gdy wsłuchiwałam się w sygnały widziałam oczyma wyobraźni oczy Brayana. Nie możesz o nim myśleć! Zganiłam się w myślach.Masz chłopaka!
  Ale on nie musi o niczym wiedzieć…Podszeptywał nieśmiało głosik wewnątrz mnie.
  Potrząsnęłam głową,jakbym chciała wyrzucić te myśli z mojego umysłu. W końcu odezwała się poczta głosowa. Tu Seth. Jak widać nie odbieram.Jak chcesz nagraj się…
 - Hej. Ze mną wszystko okey. Oddzwoń. Pa! – nacisnęłam guzik kończący rozmowę i oddałam telefon chłopakowi. Westchnęłam.
 - Patrol. –powiedziałam cicho do siebie.
 - Słucham?
 - Nie nic. Brayan,zrobisz coś dla mnie?
 - Jasne, znaczy zależy co. – zawahał się.
 - Opowiedz mi o Nemze.

Rozdział ósmy.

  Cassandra stała i przyglądała się twarzy Setha. Mówił coś do niej, ale ona nic nie słyszała.Widziała poruszające się nerwowo wargi, ale żaden dźwięk się z nich nie wydobywał. Próbowała powiedzieć dla chłopaka, że nic nie słyszy, ale nie mogła.Po policzku wilkołaka spłynęła łza. Chwilę później darł się na zdezorientowaną dziewczynę. Ona też była bliska łez. Chciała zapytać co się stało, ale w dalszym ciągu nie mogła poruszyć ustami. Cass była zrozpaczona. Coś z zawrotną prędkością przemierzyło polankę, na której stali. Zadało Cassandrze cios, potem drugi i następny. Seth próbował powstrzymać to coś, co zadawało jej ból. Jednak nie mógł. Nikt nie mógł. Ciemne chmury zakryły niebo. Dziewczyna płakała.Próbowała błagać o pomoc. Wszystko na nic. W pewnym momencie ostry ból przeszył ą wzdłuż brzucha. Upadła na kolana. Seth próbował ją przytulić, ale coś go powstrzymywało. Teraz na rękach trzymał niemowlę. Mała dziewczynka płakała.Miała kilka miesięcy. Chłopak nie wiedział co ma zrobić. Z jednej strony umierająca ukochana, z drugiej niemowlę. Przytulił mocniej do siebie dziewczynkę. Przestawała płakać pod wpływem jego kołysania. Wilkołak był bliski załamania. Cassandra tym czasem rzuciła mu ostatnie spojrzenie. Wreszcie mogła coś powiedzieć.
 - Kocham cię – szepnęła– Zaopiekuj się małą. Żegnaj Seth – po tych słowach wyzionęła ducha. Chłopak stał i patrzył przez chwilę na ukochaną w kałuży krwi. Przytulił mocniej do siebie tą małą istotkę i odszedł w żałobie.
  Obudziłam się ciężko dysząc. Wszyscy zwrócili spojrzenia w moją stronę.
 - Niunia, wszystko dobrze? – zwróciła się do mnie Alice. Wpatrywałam się w nią z szeroko otwartymi oczami. To był sen. To był bardzo dziwny sen. Oddech powoli mi się uspokajał.Spojrzałam na ipoda, którego trzymałam w ręce. Zgnieciony. Skrzywiłam się.
 - Tak, to był tylko zły sen – odpowiedziałam dalej wpatrując się w zniszczone urządzenie.
 - Może chcesz o nim porozmawiać? – zaproponowała wampirka z zatroskaną miną.
 - Może potem –posłałam jej krótki uśmiech i wyjrzałam za okno. Kim była ta dziewczynka, którą trzymał Seth? I co ten sen miał oznaczać? Wzdrygnęłam się. Mam nadzieję, że moje sny się nie sprawdzają. Zazwyczaj nie wiem co dzieje się w mojej głowie po zaśnięciu. Ale bywa tak, że śnię o moich bliskich. BLISKICH. Więc kim była ta mała? Moja… córka? Nie, na pewno nie.
 - Głodna jestem –odezwał się koło mnie zachrypnięty, ostry, kobiecy głos. Zerknęłam w tamtą stronę. Przez chwilę patrzyłam na Indiankę ze zdziwieniem. Jak ona wlazła do samochodu? Dopiero teraz pozbierałam fakty. To Leah. Jak mogłam o niej zapomnieć? Naprawdę muszę być rozkojarzona. Ktoś z przodu coś mruknął i piętnaście minut później zatrzymaliśmy się w jakimś przydrożnym barze.Wysiadłam przeciągając się. Strasznie zdrętwiałam. Weszłam do środka budynku. Było tylko kilka osób. Zerknęłam na MENU i zdecydowałam się na kebaba. Nie mam ochoty na nic bardziej wyrafinowanego. Gdy dostałam mojego naleśnika nafaszerowanego mięchem usiadłam w samochodzie opierając nogi o płotek, koło którego zaparkowaliśmy. Podszedł do mnie Chochlik.
 - Teraz powiesz mi,jaki miałaś sen? – była bardzo podekscytowana. Wgryzłam się w baraninę,przełknęłam i byłam gotowa do składania relacji. Opowiedziałam jej co mi się śniło i o moich podejrzeniach co do tej małej. Alice słuchała uważnie, co jakiś czas potakiwała i jak upewniła się, że już skończyłam zaczęła mi mówić o swoich przemyśleniach.
 - Rzeczywiście dziwny sen – zrobiła pauzę, żeby zastanowić się nad dalszymi słowami – Bardzo też możliwe, że był on proroczy. Tylko co by oznaczał? – zadała sama sobie pytanie– A ta dziewczynka? Cass, odpowiesz mi szczerze? – zapytała poważnie. Skinęłam głową – Jesteś w ciąży? – na chwilę mnie zamurowało. Patrzyłam na Alice z przygłupim wyrazem twarzy.
 - Nie… - zaczęłam,ale nie dane mi było zakończyć.
 - A spałaś ze Sethem?– kolejne pytanie bardziej mnie zakłopotało. Nic nie mówiłam tylko patrzyłam jej w oczy. W złote oczy wampira – Okey. Już wszystko rozumiem – odpowiedziała z uśmiechem.
 - Co rozumiesz? –zapytałam, ale dziewczyna zignorowała mnie – Alice, co rozumiesz? – dotknęłam jej ramienia.
 - Jedz kochanie –uśmiechnęła się – Zaraz wracam.
  Zostawiła mnie samą na tym przeklętym parkingu, z tym cholernym kebabem w ręku. Westchnęłam.Wróciłam na swoje wcześniejsze miejsce i dokończyłam jeść. Zamknęłam oczy i słuchałam odgłosów lasu. Ktoś podchodził do samochodu. Uniosłam powieki i zerknęłam na zbliżającą się postać. Zbyt masywna na Alice, za drobna na Jaspera. Kto jeszcze mógł chcieć do mnie podejść? Westchnęłam i z powrotem zamknęłam oczy. Nie będę z nią rozmawiać. Za każdym razem nasza rozmowa kończy się jej krzykiem na mnie. A to nie jest przyjemne. Leah zatrzymała się naprzeciwko mnie. Odchrząknęła. Zerknęłam na jej śniadą twarz.
 - Młoda, pogadamy? –młoda?! Cassy, oddychaj spokojnie.
 - Jasne, a o czym? –spojrzałam jej w oczy. Nie wyrażały nienawiści czy gniewu. Odetchnęłam z ulgą.
 - No, jak na razie wszystko wskazuje na to, że będziesz moją szwagierką. Może czas się polubić? –zapytała nieśmiało. Wpatrywałam się w nią, a w mojej szczęce poluzowały się nawiasy. Ona to do mnie mówi? Rozejrzałam się. Nikogo tu więcej nie ma. O w dupę. Oczy wychodziły mi z orbit. Nie mogła z siebie wykrztusić choćby słowa.Dziewczyna czekała, aż zareaguje inaczej. Mimo to dalej się w nią wpatrywałam jakby spadła z księżyca. Wreszcie przypomniałam sobie jak się formułuje słowa.
 - Kim jesteś i co zrobiłaś z Leą – mówiłam całkiem poważnie. Przeszywałam ją dociekliwym wzrokiem. „Klon” parsknął śmiechem.
 - To ja idiotko.Pamiętaj, robię to dla Setha. Prosił mnie, żebym się z tobą zakumulowała. Ale chyba nawet mój braciszek nie przewidział takiej twojej reakcji – znowu dostała ataku wesołości. Dobra, przyznaje się bez bicia. Nie wiem o co tu chodzi. Leah dała mi mp4. Zerknęłam najpierw na urządzenie, potem na nią, potem znów na odtwarzacz.
 - Posłuchaj muzyki.Może przestaniesz świrować – powiedziawszy to obeszła samochód i wsiadła z drugiej strony, Alice i Jasper szli już w naszą stronę. Wsadziłam nogi do pojazdu i zatrzasnęłam drzwiczki. Jak wampiry wsiadły chochliczka odwróciła się do mnie i wyszczerzyła się. W dalszym ciągu nie wiem o co jej chodzi!Wykrzywiłam usta w coś na kształt uśmiechu, żeby nie zrobić jej przykrości.Ruszyliśmy w dalszą drogę. Włożyłam słuchawki mp4 do uszu. Odtwarzacz położyłam na siedzeniu, żeby go przypadkiem znowu nie zgnieść chociaż widziałam, że nie usnę. Zbyt dużo rzeczy mnie nurtowało. Liczyłam mijane przez nas drzewa. 468…469… 470. Nuda. A to wszystko, żeby odciągnąć się od nieprzyjemnych,nasuwających się myśli. Mój umysł nie współpracując ze mną pokazał mi obrazy ze snu, który wcześniej miałam. Skrzywiłam się. To wszystko nie trzyma się kupy.

Rozdział siódmy.

   Obudziłam się gdy słońce było już wysoko na niebie. Uśmiechnęłam się widząc śpiącego obok mnie Setha. Wtuliłam się mocniej w jego nagi tors.
 - Kocham cię –usłyszałam szept towarzysza. Zachichotałam. W odpowiedzi cmoknęłam go w usta. –Może masz ochotę na śniadanko? – zapytał z zatroskaną miną. Ogólnie to całe wpojenie jest spoko, ale czasami gorzej się zachowuje niż nadopiekuńcza matka.Dobrze, że nie słyszy moich myśli. Znowu wyrwał mi się chichot. – Co cię tak bawi?
 - Nic, po prostu cieszę się, że tu jesteś. – po części nie było to kłamstwo, bo naprawdę się cieszę. Na chwilę odbiegłam myślami do tego co się stało poprzedniej nocy. Było cudownie. Ciekawe czy Seth  też tak to wspomina. Nagle uświadomiłam sobie pewien fakt. Nie jestem już dziewicą! Jejć. Jak się mama dowie… Nie, nie dowie się. Ciekawe czy tata coś słyszał. Ups.
  Zeszliśmy na dół do kuchni. Rozsiadłam się wygodnie na krześle przy blacie i patrzyłam jak Seth krząta się po kuchni w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Tata chyba zaniedbał robienie zakupów. Nic tu nie ma! Chłopak wreszcie się poddał i postawił mi przed nosem michę z płatkami. Uśmiechnęłam się do niego i zaczęłam pałaszować śniadanie. Do pomieszczenia wszedł mój braciszek. Spojrzał na mnie, potem na Setha robiącego sobie płatki i wybuchnął śmiechem.
 - Czemu cieszysz twarz? – zapytałam unosząc jedną brew.
 - I jak było?Moglibyście zachowywać się trochę ciszej. – śmiał się dalej Paul. Zdenerwował mnie tą uwagą, ale mimo wszystko spiekłam raka i wróciłam do jedzenia. Gdy już wszyscy się najedli chłopcy oznajmili, że idziemy do Cullenów, bo mają jakieś nowe wieści. Westchnęłam. Znowu będę robić za eksponat. Wyszliśmy na podwórko i udaliśmy się w stronę lasu. Gdy tylko drzewa skryły nas swoją kurtyną przede mną stanęły dwa wielkie wilki. Zerknęłam na nie, nie wiedząc co robić.Ściągnęłam brwi. Piaskowe zwierze westchnęło ( nie wiem skąd to wiem ) i przycupnęło koło mnie dając dziwne znaki głową. Teraz to już w ogóle zgłupiałam. Próbowałam intensywnie myśleć co mam zrobić. Teraz westchnął szary wilk. Popatrzył się na mnie jakbym uciekła z jakiegoś ośrodka dla obłąkanych. Z kolejnym westchnięciem podszedł do mnie i podsadził na grzbiet Setha. Jak usiadłam zwierzę się podniosło i już miało ruszyć, gdy ja się wydarłam.
 - Nie! Nie ma mowy! Nie chcę! – znowu na mnie zerknęli. Nie odbyło się oczywiście bez westchnięcia i ruszyli. Na początku wolno, bo strajkowałam i nie chciałam się trzymać, ale jak spadałam i złapałam się sierści na karku wilka, ruszyli bardzo szybko. Położyłam się wtulając twarz w miękkie futerko zwierzaka. Jak miałam już dość zatrzymał się.Wyprostowałam się, ale zaraz potem osunęłam na ziemię i zaczęłam chichotać. Z domu wyszli Edward i Alice. Patrzyli na mnie z rozbawieniem. Wilki pobiegły w las, ale zaraz wróciły w ludzkiej postaci.
 - Dobrze się czujesz? – zapytał ze śmiechem Seth pomagając mi wstać. Zamiast mu odpowiedzieć złapałam się za brzuch i zaczęłam głośniej się śmiać. Wszyscy dookoła dołączyli do mojej wesołości. Gdy już się trochę ogarnęłam, pomachałam Edwardowi na powitanie i weszłam z Alice do domu. W środku nikogo nie było. Usłyszałam jak coś bardzo szybko przemieszcza się po schodach i zanim zainteresowałam się dźwiękiem przede mną stał Carlise.
 - Zapraszam do siebie, do gabinetu – powiedział z beztroskim uśmiechem. Ruszył po schodach na górę, aja podążyłam za nim. Weszliśmy do gabinetu, w którym wcześniej leżałam nieprzytomna. Zarumieniłam się na to wspomnienie. Mniej spostrzegawczy obserwator pewnie nie zauważyłby zmian w wystroju pomieszczenia, a może zauważyłby? Przede wszystkim nie było łóżka szpitalnego.
 - Chciał mi pan coś powiedzieć? – spytałam oglądając całkiem pokaźną kolekcje książek. Trochę medycyny, trochę fizyki. Tam dalej filozofia… Tu są chyba wszystkie możliwe dziedziny nauki!
- Tak. Cassandro, dowiedzieliśmy się że spory kawałek na północ stąd jest plemię, w którym też zachodzą zjawiska zmiennokształtności.Nie niepokoiłbym cię i wraz z rodziną sam bym pojechał, ale ze względu na to kim jesteśmy możliwe, a nawet nie wykluczone, że będą problemy. Jest duże prawdopodobieństwo, że miejscowy szaman będzie w stanie powiedzieć ci co się z tobą dzieje. Możesz zabrać ze sobą jedną osobę – na tą wiadomość czekałam doktorku, pomyślałam – Będziemy cię osłaniać z daleka. Codziennie wieczorem będziemy się spotykać i omawiać dotychczasowe posunięcia. Zgadzasz się na to?
 - Tak, jasne. To kiedy wyjeżdżamy?
 - Idź do domu i się spakuj. Jak będziesz gotowa po prostu przyjdź i wyruszymy.
 - Okey, to ja już może pójdę…
 - Dobrze. Do zobaczenia Cassandro.
 - Do zobaczenia doktorku – zapomniałam się. Głupia, głupia, głupia. Carlise jednak nie wydawał się dotknięty tym „pieszczotliwym” zwrotem. Stał i uśmiechał się do mnie jakby nigdy nic. Ruszyłam w stronę drzwi. Gdy przekroczyłam próg domu coś z bardzo wielką siłą we mnie uderzyło. Zgięłam się wpół i złapałam za bolące miejsce.  Oddech zmienił się w charczenie, a oczy zaszły mgłą łez. Usłyszałam jak wszyscy rzucili się w moją stronę. Podniosła mna nich lekko zamulone oczy i wszystko od tego momentu działo się jak w zwolnionym tępie. Wilki, bo chłopcy się przemienili, przewróciły się jak zbite kręgle. Wampiry próbowały biec, ale coś jakby trzymało je za kostki. W rezultacie też zaraz leżały. Na podwórko wbiegł ten kulturysta Emmett, a za nim piękna blondyna, Rosalie. Zanim zdążyli cokolwiek zrobić też leżeli na ziemi.To samo potem się stało z Bellą, Esme, Jasperem i Carlisem. Jak kręgle… Nie mogłam w to uwierzyć. Wszyscy leżeli i zwijali się z bólu. Kolejne uderzenie w klatkę piersiową. Nogi zaczęły załamywać mi się pod ciężarem ciała. Nie mogła mna to patrzeć. Czy oni umierali? Czemu Bóg nam nie pomaga? Kto to robi?Zadawałam bezsensowne pytania. Rozejrzałam się dookoła. Krzyknęłam z bólu. Z głośnym hukiem opadłam na kolana i schowałam zapłakaną twarz w dłoniach. Ktoś mnie dotknął. Zareagowałam błyskawicznie. Chwyciłam go za ramię i powaliłam na ziemię. Nie stawiał oporów. To był Seth.
 - C-co się stało? Już cię nie boli? – spytałam jeszcze drżącym głosem. Ukochany popatrzył na mnie jakbym była zieloną kosmitką.
 - O co ci chodzi?Przecież to ty przed chwilą zwijałaś się z bólu. To znowu ta przemiana, tak?Już wszystko dobrze, wszystko się ułoży… - wziął mnie w ramiona i zaczął kołysać.
  Nic się nikomu nie stało. Nikt nie cierpiał. Tylko ja… Jak zwykle ja. Czy los nie mógł znaleźć sobie innej ofiary? Jak już myślisz, że to najlepszy okres w twoim życiu –zaczyna się piekło. Szalejący ogień nie gaśnie póki nie zabije wszystkich,których kochasz, albo jak w moim przypadku nie wykończy cię psychicznie. Westchnęłam. Czyli to była moja wyobraźnia? Nie możliwe. Wszystko działo się tak realistycznie. Tak jakby… nie tak jakby, tylko ktoś to robi specjalnie. Czemu? Nie wiem. Kto to? Tego też nie wiem. Fuck. Nic nie wiem. Czuje się jak jakiś… jakiś ktoś, który jest bardzo mało mądry.
 Spróbowałam się podnieść. Zakręciło mi się w głowie i zwymiotowałam na trawę. Dopiero teraz zauważyłam, że wokół mnie powstało koło ludzi ( nie do końca, ale nie czepiajmy się szczegółów ), którzy mnie kochają. No, przynajmniej lubią. Siedziałam i wpatrywałam się w swoje dłonie próbując powstrzymać kolejne torsje.Zaczerpnęłam trochę powietrza i pozbyłam się doszczętnie mojego śniadania.Wszyscy odwrócili wzrok. Wreszcie zrozumieli, że to dość krępujące kiedy wydobywa się z ciebie zawartość żołądka i gapią się na ciebie jak ciele namalowane wrota. Torsje minęły.
 - Już mi lepiej –oznajmiłam słabym głosem. Ktoś podał mi szklankę wody, którą wypiłam jednym haustem.
 - Może przełożymy wyjazd? Z tego co widzę nie czujesz się najlepiej… - zaczął Edward, a ja mu brutalnie przerwałam.
 - Jadę choćbym miała zwrócić jeszcze trzy śniadania – oznajmiłam, a on od razu wycofał się do tyłu.Paul pokręcił z niezadowoleniem głową. Wiedział, że jak się zawzięłam to już nie odpuszczę. Zmienił się w wilka. Zaraz do niego dołączył Seth. Wsiadłam na piaskowe zwierzę i poprosiłam cicho, żeby tak nie pędzili. Pomruk uznałam za potwierdzenie i minutę później szliśmy spokojnie przez las. Wdychałam woń kwiatów, które gdzieś się taiły w zaroślach. Weszliśmy na podwórko Sama. Znowu ten domek. Nieświadomie uśmiechnęłam się i wciągnęłam intensywną woń kwiatów posadzonych w ogrodzie.
  Weszliśmy do środka.Cała sfora już tu była. Leah też. Skrzywiłam się na jej widok. Chyba za sobą nie przepadamy. Seth usiadł na fotelu i posadził mnie sobie na kolanach.Wtuliłam się w niego, a on opiekuńczym gestem objął mnie ramieniem. Słuchałam jak rozmawiali o moim wyjeździe. Z góry wiedziałam, że to Seth ze mną pojedzie i jak to oznajmiłam jego sister wbiła we mnie złośliwe spojrzenie.
 - Nie zgadzam się z tym – oznajmiła zimnym tonem – Ja z nią pojadę.
 - Nie, ja nie chcę z TOBĄ jechać – odparłam wytrzymując jej wściekłe spojrzenie.
 - Jedziesz ze mną.Sam, powiedz jej, ze tak będzie najlepiej. – zwróciła się do alfy. Sam nie wiedział co odpowiedzieć. Miał przed sobą dwie rozwścieczone kobiety. Głos zabrała Emily.
 - Jedziecie razem. –zaczęłam otwierać usta, żeby zaprotestować, ale dziewczyna nie dała mi dojść dogłosu. – Bez dyskusji Cassandro. Możesz choć raz posłuchać osób mądrzejszych i przestać patrzeć jedynie na siebie?! – siedziałam z otwartą buzią i wpatrywałam się rozwścieczoną twarz Emily. Odwróciłam wzrok i wtuliłam twarz w ramię Setha.Chłopak pogłaskał mnie po plecach. – Jak już wszystko załatwione to idźcie się pakować.

*
 
  Stałam przed czarnym mesiem i przytulałam się do ukochanego. Nie mogłam wydusić z siebie słowa.Normalnie czułam, że już tęsknie. Seth odnalazł moje usta i pocałował namiętnie. Jego gorący język wsunął się do moich ust. Oderwaliśmy się od siebie.
 - Już tęsknie –uśmiechnęłam się smutnie.
 - Ja też – cmoknął mnie jeszcze raz na pożegnanie. Usiadłam na tylnym siedzeniu. Kierował Jasper.Z przodu siedziała Alice, więc Leah wylądowała obok mnie. W tym samym momencie przysunęłyśmy się bliżej drzwi – ja prawych, ona lewych. Włożyłam słuchawki mojego ipoda do uszu i próbowałam się wyłączyć. Powoli odpływałam w spokojne fale muzyki. Nie zauważyłam kiedy jawa przemieniła się w sen.

Rozdział szósty.

 Doktor Cullen na początku obejrzał mnie dokładnie ze wszystkich stron ( czułam się skrępowana ),a przede wszystkim przyjrzał się moim niezwykłym oczom. Co chwila powtarzał„intrygujące”, albo „to ciekawe”. Przyznam, że to było bardzo denerwujące, bo oczywiście nie podzielił się ze mną tymi „ciekawymi” informacjami. Wreszcie dał mi spokój, bo Esme powiedziała, że pewnie jestem głodna, i że zaraz mi coś dobrego przygotuje. Na słowo „jedzenie” Paul i Seth mało się nie zabili biegnąc do kuchni. Jeju. Jaki oni mi robią obciach. Pacnęłam się dłonią w czoło. Z kim ja się zadaje.  Zaśmiałam się przykuwając zdziwione spojrzenia moich wilczków. Nie dziwie im się. Od tak dawna się nie śmiałam. Zrobiłam to jeszcze raz i spostrzegłam na ich twarzach ulgę. Teraz to chyba przesadzają. Czy naprawdę myśleli, że porzucę na zawsze swoją radosną duszę, która wyłoniła się z wnętrza mnie po przyjeździe do tego magicznego miejsca? Bez przegięć. Nie jestem pamiętliwa. Trzeba umieć wy…
  W tym momencie zapomniałam co chciałam powiedzieć ( pomyśleć ), ponieważ moje oczy spotkały się ze ślepkami Setha. Dlaczego on tak na mnie działa! Pieniłam się we wnętrzu,chociaż czułam, że mój uśmiech jest coraz bardziej rozmarzony. A kogo by nie był, jakby zobaczył swojego aniołka? My angel. I love you. Mimo, że wypowiedziałam te słowa w myślach, poczułam się jakby on też tak myślał. Nic innego się nie liczyło. Tylko jego oczy… Reszta się wydawała rozmazaną, barwną plamą. Zanim zorientowałam się, co się dzieje stałam już tak blisko, że moje usta od ust Setha dzieliło zaledwie kilka centymetrów. Miałam ochotę wpić się w jego wargi tak, jak jeszcze nigdy tego nie robiłam. Z taką miłością, z jaką żaden człowiek tego nie robił. Po prostu… Wszystko w moim ciele i umyśle było nastawione na niego. Nawet oddychanie było na drugim miejscu. I wcale to nie przenośnia. Naprawdę poczułam, że mdleję z powodu braku tlenu. Fuck! Prawie pocałowałam Setha i odleciałam. Nie cierpię tego. Zawsze odlatuję w najlepszym momencie mego marnego życia. Eh. To już chyba coś jakby tradycja.
  Dryfowałam sobie w otchłani czerni, gdy przed oczami stanęła mi twarz chłopaka. Uświadomiłam sobie, że po raz pierwszy go widzę. Krótko ścięty, śniady brunet o roześmianych, granatowych oczach coś do mnie mówi. Nie zrozumiałam jego słów. Za duże było echo, ale wiedziałam, że to przestroga. Jego tętniące szczęściem oczy przybrały srogi wyraz. Wręcz lodowaty. Na początku się go wystraszyłam, ale potem zrozumiałam, że chłopak się po prostu o mnie martwi. Chociaż według mnie nie ma czym. Przecież teraz„wracam do świata żywych”. Budzą się we mnie normalne reakcje. Nie wiem co mnie naszło, ale pomyślałam jak bardzo kocham Setha, a brunet spochmurniał. Wyglądał jakby miał się zaraz rozpłakać. Potem przez mój umysł jak na filmie przewijały się twarz ludzi, których nie znałam. Nawet nigdy nie widziałam! Dopiero pod koniec „seansu” zobaczyłam znajome twarze mojej rodziny i przyjaciół. Jak już czułam, że mój stan uśpienia dobiega końca mignęła mi sylwetka Setha i owego chłopaka, którzy walczą o mnie. Mój krzyk przerwał ciszę panującą w pomieszczeniu.
  - Wreszcie się obudziłaś. – zawołał uradowany Paul mocno mnie przytulając. Taa. Co jak, co, ale Paul jak chce potrafi być zajefajnym bratem.
 - Też się cieszę, że cię widzę. – Uśmiechnęłam się delikatnie i odsunęłam ramiona indianina. – długo tak leżę? – byłam trochę zdezorientowana. Znajdowałam się na łóżku szpitalnym w pokoju pełnym książek. To raczej nie jest szpital, ale żeby nie wyjść na idiotkę nie zapytałam się gdzie właściwie jesteśmy.
 - Około dwóch godzin.Cassandro pragnę zauważyć, że oddychanie jest dosyć ważne dla ludzi –uśmiechnął się do mnie ciepło doktor. Dla ludzi? Dla wilków też. Chyba.
 - Jesteśmy wampirami– dopowiedział Edward, a ja zesztywniałam. Jak to wampirami. Ze zdziwienia rozszerzyły mi się źrenice. Przecież one żywią się… krwią. Mimo, że instynkt kazał mi stamtąd uciekać, to przecież przyjaciele nie daliby mnie zabić. Mimo to zaczęłam się zsuwać z łóżka – Nie uciekniesz. – powiedział z lekką drwiną Edwardo. Ugh! Jak on mnie denerwuje! Chciałam wypróbować na nim moje drapieżne spojrzenie, którego tak boją się chłopcy. Słuchaj sobie moich myśli, słuchaj,ale zobaczymy co powiesz na to. Zanim zamknęłam oczy dostrzegłam, że uśmiecha się z drwiną. Też to zrobiłam. No to teraz trzeba przywołać wszystko co cię drażni od miesiąca. Zanim się tu wprowadziłam miałam bardzo nudne życie.Dopiero teraz to dostrzegam. Uświadomiłam sobie też, że to co miałam za swój stan mocnego zdenerwowania to tylko mała cząstka tego co przeżywam teraz.Otworzyłam moje dzikie oczy wbrew temu co planowałam pełne łez. To nie były łzy smutku czy słabości. To były łzy złości. W tej chwili we wnętrzu mnie szalał tajfun. Olbrzymia burza, która szukając wyjścia powiększała się i powiększała.Edward się cofnął. Obok niego stała Bella. Ona również zrobiła krok w tył.Widziałam, że ma ochotę stąd wybiec, żeby mnie więcej nie widzieć. Usłyszałam jak bardzo cicho ktoś wypowiada słowo „demonio”. Jestem słaba z hiszpańskiego,ale wiem, że to znaczy demon. Oczywiście Edzio przestał wpatrywać się we mnie z drwiną.
 - Nie lubię jak się mnie lekceważy. – Zauważyłam może trochę za ostro.
 - Cassy, doktor chce ci pomóc. Zachowuj się. – z łobuzerskim uśmiechem odezwał się Seth patrząc mi prosto w oczy. On się nie bał. Pamiętaj kretynko o oddychaniu! Skarciłam się w myślach.
 - Yhym. – odparłam odrywając się ze śmiechem od jego wspaniałej twarzy. Odwróciłam się w stronę doktora. – No to co się ze mną dzieje?
 - Tak naprawdę nie za bardzo wiem... – zastanowił się chwilę – Chcesz tu zostać, żebym mógł się chodź trochę szybciej zbliżyć do rozwiązania? – zadał mi to pytania pełen nadziei.Cóż, chyba go rozczaruję.
 - Nie… Chcę pobyć trochę w domu. Nie jako zombie, ale jako Cassandra. – uśmiechnęłam się promiennie. Moja złość wyparowała równie szybko jak się pojawiła. Może nawet uda mi się wrócić do Setha. Może… „Nie płacz. Wszystko będzie dobrze”.Usłyszałam głos w mojej głowie. Spojrzałam na Edwarda, ale ten nerwowo rozglądał się dookoła. Dobra. To chyba nie on. Ale jak to nie on to dzieje się tu coś dziwnego. Co ty do jasnej cholery pleciesz! Odkąd mieszkasz z ojcem widzisz rzeczy, które miałaś wcześniej za nadpobudliwą wyobraźnię producentów filmowych. Coś czego w ogóle nie powinno być. No, ale jak ktoś słyszy głosy to oznaka jakiejś choroby psychicznej, nie? Pewnie zaraz będę widzieć białe myszki. Może mnie czymś naćpali? To by miało sens. – Chłopcy, chcę wracać do domu. – powiedziałam bez słyszalnego entuzjazmu. Ale tylko dlatego, że jestem zmęczona. Cieszyłam się, że mogę pobyć trochę czasu z nimi. Mam już dość mojego pokoju. Przydałaby mi się jakaś impreza. Łał. Pierwszy raz w życiu mam ochotę się upić, żeby wszystko chodź na chwile odpłynęło. To nie jest taki zły pomysł.Uśmiechnęłam się.
  Wyszliśmy już z domu Cullenów i szliśmy powoli przez las. Zatrzymałam się gdy wyszliśmy na jakąś polankę. Seth pierwszy zauważył, że stoję i podbiegł od razu. Paul w tym czasie usiadł i oparł się o pień drzewa patrząc w słoneczne niebo. No właśnie,słoneczne! Jak las pięknie wygląda gdy świeci słońce. Nie jest taki ponury.Wszystko ma piękne barwy. Wszystkie odcienie zieleni, brązu. Poczułam, że ktoś za mną stoi. Był to nie kto inny, jak mój ukochany wilczek.
 - Cassy, wiem co myślisz na temat wpojenia, ale ja cię naprawdę kocham. Nie mogę bez ciebie żyć.To jest trudne. – zobaczyłam, że w jego oczach zbierają się łzy. – Proszę daj mi jeszcze jedną szansę. Proszę… - głos mu się łamał. Zamrugałam kilkakrotnie aby się nie rozpłakać.
 - Też cię kocham,Seth. – wykrztusiłam. Chłopak powoli się do mnie przybliżył i musnął moje wargi. Gdy zobaczył, że nie protestuje jego pocałunki stawały się coraz śmielsze. Kontem oka dostrzegłam, że Paul patrzy się na nas z serdecznym uśmiechem. Nie z obrzydzeniem czy odrazą. Z sympatią. Łza spłynęła mi po policzku. Seth odsunął się i ją wytarł.
 - Czemu płaczesz? –zapytał. Oczy mu się śmiały. Jak ja mogłam go tak zranić?
 - Bo nie mogę w to uwierzyć. To jest zbyt piękne. – odparłam wtulając się w jego ciepły tors. –Kocham cię. – powtórzyłam, a on mocniej mnie przytulił.
 - Wiem, że musicie nadrobić wszystko i tak dalej, ale czas wracać. – odezwał się Paul psując tą magiczną chwile.
 - No dobra. –odpowiedział mu Seth. Wziął mnie na ręce, jeszcze raz delikatnie pocałował i ruszył sprintem przez las. Przyznam, że miałam takiego stracha, że wpadnie na drzewo, że myślałam, że mi zaraz serce wyskoczy. Po paru minutach wypadliśmy na nasze podwórko.
 -Paul… Nie wiesz,gdzie tu można się zabawić? No bo coś kiedyś wspominałeś… - zaczęłam, ale brat przerwał mi w pół słowa.
 - Dopiero w Seattle.Po pierwsze nie zawiozę cię tam, a po drugie nie sprzedadzą ci alkoholu. –uśmiechnął się tryumfalnie, a ja odpowiedziałam mu chytrym spojrzeniem i skierowałam swój wzrok na mojego… chłopaka? Ciekawe czy mogę go tak nazywać.
 - Seth…
 - Nie ma sprawy. –posłał mi najpiękniejszy ze swoich uśmiechów. Pokazałam dla Paula język i pociągnęłam Setha za sobą do domu. Tata akurat coś szykował wkuchni.
 - Co na obiad? –zagadnęłam. Najpierw odpowiedział, że kurczak, a potem wbił we mnie tępe spojrzenie.Marudził coś pod nosem, że nie rozumie dzisiejszej młodzieży, a my poszliśmy na górę. Zmiennokształtny usiadł na łóżku, a ja otworzyłam moja szafę i przez jakieś 20 minut wpatrywałam się w jej zawartość. Dawno nie byłam na zakupach.Hm. W mojej szafie nie ma NIC co nadaje się na jakąś super imprę. Nachmurzyłam się. Wtedy mój wzrok przykuła paczka owinięta w połyskujący kolorowy papier.Przyszła pocztą w czasie mojego nie bycia w świecie normalnych ludzi. Na niej była przyczepiona karteczka :
„Jak tylko ją zobaczyłam pomyślałam o Tobie. Baw się dobrze.    Mama”. Czyli mama o mnie nie zapomniała! Łzy szczęścia napłynęły mi do oczu, ale zaraz zastąpiły je gorzkie rozpaczy. Jak mama przyjedzie będę musiała z nią zamieszkać. No nic. Wytarłam oczy rękawem i po rozerwaniu papieru otworzyłam pudełko. W środku była króciutka sukienka ( ledwo zakrywająca tyłek ), a do niej kozaki. Uśmiechnęłam się.
 - Zaczekasz tu chwilę, a ja pójdę to przymierzyć? – zapytałam Setha pokazując mu zamknięte pudełeczko. Kiwnął potakująco głową i położył się na moim łóżku kładąc ręce pod głowę dla lepszej wygody, po czym zamknął oczy. Jejciu. On jest przemęczony.Dopiero teraz zobaczyłam sine podkówki pod jego ślipkami. Pobiegłam szybko do łazienki i przebrałam się w kreację od mamy. Gdy wyszłam głośno odchrząknęłam zwracając jego uwagę na siebie. Jak na mnie spojrzał wybałuszył oczy i cicho gwizdnął.
 - No, no. Może jednak nigdzie nie pójdziemy. Jeszcze się o ciebie chłopaki pozabijają. Chcesz mieć ich na sumieniu? – zażartował mój ukochany. – Nie chcę sobie robić niepotrzebnie konkurencji. Dopiero co cię odzyskałem… - ostatnie zdanie wymruczał przyciągając mnie do siebie. Całował mnie najpierw delikatnie, a potem coraz namiętniej. Nasze języki wykonywały dziki taniec. Dłoń chłopaka zsunęła się z moich pleców na pośladki. Jedną ręką gładziłam mu kark, a drugą oparłam o pierś. Poczułam jak Seth podciąga moją sukienkę w górę. Z mojego gardła wydobył się cichy przytłumiony jęk. Pewnie gdyby nie pukanie do drzwi byłoby baaardzo gorąco. Odskoczyliśmy od siebie jak oparzeni, ale tylko na chwilę. Zdążyłam poprawić sobie sukienkę i usiąść Sethowi, który zajął miejsce na moim łóżku, na kolanach, gdy do pokoju weszła Leah.
 - Wiedziałam, że Paul jest głupi, ale nie myślałam, że aż tak, żeby was zostawiać samych w pokoju. –wzniosła oczy do nieba – Wiem, wiem. Musicie nadrobić to i owo. – w tym momencie się skrzywiła. – Ale Seth, musisz iść do domu pomóc mamie. Teraz. –powiedziała to tak ostro, że mocniej przytuliłam się do ukochanego.
 - Właśnie gdzieś szliśmy. – zauważył mój wilczek.
 - Wiesz, że mnie to mało obchodzi? Do domu.
 - A wiesz, że mnie to mało obchodzi? Nigdzie nie idę. – Jego oczy przybrały zimny odcień. Wiedziałam,że jego złość nie jest skierowana w moim kierunku, ale i tak trochę się go przeraziłam. Leah wyszła trzaskając drzwiami. Wyraz twarzy mojego towarzysza automatycznie się zmienił. – To na czym skończyliśmy? – zagadnął ciepło.
 - Może lepiej już jedźmy… Jest dziewiąta. I pamiętaj. – tu zawiesiłam głos dla lepszego efektu –Ja pije, ty prowadzisz. – powiedziałam to tak poważnie, że zaraz leżeliśmy oboje ( ja na nim ; D ) i głośno się śmialiśmy.
 - Dobrze, ale obiecaj mi, że jak się upijesz nie będziesz robić scen i z nikim nie gadała o tym co się teraz z tobą dzieje. – teraz to on zrobił się poważny. Wiedziałam, że tonie jest dla wygłupów. Skinęłam głową. Od razu się rozpromienił. – No to jedziemy!
  Wyszliśmy przed do mi wzięliśmy samochód Setha. Skąd on się tu wziął? W czasie podróży do Seattle cały czas się śmialiśmy. Zmiennokształtny zaparkował przed jakimś mocno zaludnionym pubem. Z środka właśnie wytoczyła się pijana nastolatka. Za nią szedł jakiś facet. Ona była na 100 % młodsza ode mnie, a sądząc po tym, iż mężczyzna trzyma jej ręce na biuście nie był jej ojcem. Przełknęłam głośno ślinę co nie uszło uwadze wilkołaka.
 - Rzadko bywają tu takie pary. – mówił nie patrząc na mnie – Ten co ją prowadził to był wampir. –przyglądałam się innym parą, które wchodząc wypuszczały w nocną ciszę powiewy głośnej muzyki. – Nie dam cię skrzywdzić. Obiecuję. – mówiąc to złapał mnie za rękę. Wiedziałam, że mówi prawdę. On by mnie nie okłamał. Choćby miał poświęcić swoje życie ratowałby mnie. Nawet wtedy gdyby nie połączyło nas wpojenie.Westchnęłam.
 - Wchodzimy? – teraz próbowałam maskować nie smutek, ale podekscytowanie. Sądząc po rozbawionej minie chłopaka słabo mi to szło.
 - Jasne. – wyszedł z samochodu i otworzył przede mną drzwiczki pasażera. Wysiadłam i zaczęliśmy kierować się w stronę wejścia. W środku mocno pachniało alkoholem. Skrzywiłam się, ale zaraz potem poprosiłam Setha o drinka. Siedzieliśmy przy jednym ze stolików i rozmawialiśmy, ja pijąc drinka, on cole. Podszedł do nas jakiś młody chłopak.Znaczy niewiele od nas starszy. Przyznam, że nawet był przystojny. Uśmiechnęłam się do niego, na co Seth się skrzywił, i powiedziałam, że może. Nie wiem, jak to się stało, ale kilka godzin potem byłam tak pijana, że ukochany musiał mnie wyprowadzić z lokalu. Wiedziałam co się ze mną dzieje itp., ale nie mogłam się ogarnąć przed dziwnymi wybrykami. No coment. Siedziałam cicho w samochodzie nie chcąc go więcej drażnić. Chłopak zatrzymał się na poboczu i głośno zaczął się śmiać trzymając za brzuch.
 - Co cię tak bawi? –zapytałam starając się mówić spokojnie, ale złość była słyszalna w moim głosie.Poczułam, że chyba trzeźwieje.
 - Nie denerwuj się kochanie – mówiąc to czule ujął moją dłoń – ale całą drogę masz taką minę… Nie wytrzymałem. Przepraszam. – chciał mnie pocałować, ale odsunęłam się. Nie chciałam, ale chyba go zraniłam, bo spuścił oczy i wpatrywał się w swoje adidasy.
 - Seth… Przepraszam.– mówiąc to dotknęłam jego ramienia.
 - Spoko, tylko przypomniało mi się co powiedziałaś mi przed miesiącem. – spojrzał na mnie i uśmiechnął się przez łzy. Wysiadłam z samochodu. Był zszokowany. Myślał, że chcę sobie iść, ale ja miałam inne plany. Otworzyłam jego drzwiczki i usadowiłam się mu na kolanach. Przyłożyłam mu dłonie do policzków i najczulej jak umiałam powiedziałam :
 - To co się stało miesiąc temu w ogóle nie powinno mieć miejsca. – zaczęłam czując, że muszę to z siebie wyrzucić. – Ja też cierpiałam.  –wyszeptałam.
 - Wiem. Przepraszam.
 - A ty mnie za c.. –nie dokończyłam, bo zamknął mi usta pocałunkiem. Czułam się jakbym nic nie piła. Jak odwiózł mnie do domu zaciągnęłam go do swojego pokoju, w który dużo się działo aż do rana…

Rozdział piąty.

  Siedziałam wtulona w bok Paula z zamkniętymi oczami. Wszyscy się we mnie wpatrywali. Miałam dość. Seth też tu był. Nie miałam odwagi na niego spojrzeć. Wiedziałam, że jakby nasze oczy się spotkały rzuciłabym się mu na szyję i błagała o przebaczenie. Nagle usłyszałam szepty. Myśleli, że śpię...
 - Co się z nią dzieje? - zapytał Paul. Może mi się zdawało, ale słyszałam w jego głosie nutę rozpaczy. Znowu to robię. Wszystkich ranię. Ledwo powstrzymałam się od westchnięcia.
 - Nie wiem... - odparł wyraźnie zakłopotany Sam.
 - Może zaprowadzimy ją do doktora Cullena? - podsunął nieśmiało Seth. Paul głucho warknął. - No co? Może on wie co się z nią dzieje. - warknięcie brata było teraz głośniejsze. Otworzyłam przerażona oczy. Cały się trząsł. On się chyba zmienia!
 - Paul! Nie zapominaj, że trzymasz Cassandrę! - odezwał się głośno Jake. Nerwus zaczął się uspokajać. Uf. Mogło być gorąco. Dostrzegłam, że Seth przygląda mi się z bólem. - To co, Paul? Doktor Cullen?
  Kto to ten Cullen? Hm. On wie o wilkołakach? A może jest jednym z nas.. to znaczy z nich. Myślałam, że znam wszystkich w sforze. Embry podszedł do mnie i wziął na ręce.
 - Dam rade iść. - zauważyłam ostro, a on posłał mi chytry uśmiech. Kiedy chłopak przycisnął mnie do piersi mój ukochany warknął. - Nie denerwuj się tak. - zaśmiałam się. Wszyscy wbili we mnie tępe spojrzenia.
 - Nie powinnaś była tego słyszeć.. - zaczął Sam.
 - Aha? Czyli jestem wariatką, mutantem? - spojrzałam na chłopaków. Na każdego po kolei. Dłużej zatrzymałam się na twarzy Setha. - Czy dzieje się to, co myślę, że się dzieje? - spytałam nie dbając o gramatykę.
 - Chyba tak. Najprawdopodobniej przemiana niedługo nastąpi. - zasępiałam. Jak to ma tak boleć to wole umrzeć. - Cass, proszę cię, przestań. - ciągnął Sam.
 - Ale co ja znowu robię?! - wybuchłam. Czułam, że trzęsą mi się ręce, ale nie zmierzałam się tym przejmować. - Cokolwiek nie zrobię jest źle! Może zamknijcie mnie w jakimś wariatkowie! W pokoju o miękkich ścianach! Będziecie mieli mnie z głowy. - teraz swój nienawistny wzrok wbiłam w Embry'ego - Puść mnie! - wydarłam się o oktawę wyżej. Chłopka posłusznie spełnił moje polecenie. - No, to jak? Co mam przestać?
 - Wpatrywać się w nas takim wzrokiem. - odpowiedział niepewnie Quill.
 - Dobra, idziemy do tego Cull.. coś tam. A ty, - tu zwróciłam się do Pula. - jak jeszcze coś powiesz na ten temat to ukręcę ci łeb, wrzucę do bagna, spale ciało i będę tańczyć w koło ogniska! - wykrzyczałam to z taką pasją, że aż się cofnął. I dobrze. Niech się boi. Koniec z grzeczną Cassy.
  Szliśmy piechotą. Znaczy oni szli, a raczej biegli, a ja siedziałam u brata na baranach. Głównie przemierzaliśmy las. Po pewnym czasie znudziły mi się te drzewa. Aż ziewnęłam. Oczywiście, gdy tylko to zrobiłam to wszystkie oczy skierowały się na mnie. Ugh! Już mnie wkurzają. Bo jak Cass ruszy się chodź o centymetr to apokalipsa! Wyszliśmy na polanę, na której stał wielki dom. Po dość krótkiej chwili ( jestem dość mądra ) ogarnęłam, że tu mieszka ten doktorek, który to ma niby powiedzieć co się ze mną dzieje. Tsa. Już to widzę. Z domu wyszli trzej chłopcy. Pfu. Raczej mężczyźni. Dobra, poddaje się. Przedstawiciele płci męskiej. Pierwszy szedł taki bycior. Normalnie jak jakiś.. hm. Kulturysta? Nie wiem. Osobnik ten był brunetem. Za nim szedł trochę mniejszy blondyn. A na  końcu taki rudzielec. Chłopak posłał mi lodowate spojrzenie, ale jak dostrzegł moje oczy to się zatrzymał. Co on się tak gapi? Mutanta nie widział? Może nie...
 - Witam. - przemówił rudy - Co was tu sprowadza?
 - Przyszliśmy do doktora Cullena. - zaczął Sam - Musimy coś sprawdzić. - tu przeniósł wzrok na mnie, a te małpiszony podążyły za jego spojrzeniem.
 - Carlise chętnie zobaczy co się z nią dzieje jak tylko wróci. Poczekacie pół godziny?
 - Dobrze. Paul i Seth zostaną, a my się wycofamy jeśli pozwolicie.
 - Dobrze, do widzenia. - odparł miedzianowłosy. Chłopaki wycofali się, a ja z moim ukochanym i bratem zostałam. Spochmurniałam. Nie wytrzymam z nim w jednym pomieszczeniu. To będzie zbyt bolesne. Poczułam, że zaraz się popłaczę, więc wtuliłam twarz w łopatkę Paula. Idziemy. Trzasnęły drzwi. Posadził mnie na kanapie. Podniosłam wzrok. W pokoju oprócz tych facetów stały cztery kobiety. Było w nich coś co mnie przerażało. Jeszcze nie wiem co, ale mam nadzieje się niedługo dowiedzieć. Tsa. Nadzieja matką głupich. No właśnie. Co z mamą? Dawno się nie odzywała. Spostrzegłam, że ten rudy patrzy na mnie ze współczuciem Podeszła do mnie krótkowłosa brunetka.
 - Hej, jestem Alice - przedstawiła się, a ja próbowałam się uśmiechnąć .CHyba wyszedł tylko grymas. - A to Jasper, Rosalie, Emmett, Bella, Edward i Esme. - pokazywała po kolei na poszczególne postacie. - Zaraz powinien dołączyć Carlise.
 - Siema, jestem Cassandra. - odparłam. Alice mnie przytuliła. Spostrzegłam, że wszyscy unikają mojego spojrzenia. No tak. Te oczy. Bu! Mvhaha. A teraz śmiech Dundersztyca. Uśmiechnęłam się. Każdy z mieszkańców wrócił do swoich zajęć. Zmiennokształtni oglądali jakiś durny mecz w TV. Podszedł do mnie Edward.
 - Hej - uśmiechnął się.
 - Cześć - rzuciłam.
 - Śmiech Dundersztyca? - zaśmiał się. Em. Ja to powiedziałam na głos? - Nie, nie powiedziałaś. Czytam w myślach.
 - To mógłbyś przestać w moich?! - powiedziałam to chyba zbyt głośno, bo Paul się na mnie spojrzał.
 - Tak się chyba nie da. A i jeszcze coś. - spojrzał na Setha, ale coś mi podpowiadało, że mówi do mnie. - Jak na mój gust powinnaś spróbować jeszcze raz. - posłał mi ciepły uśmiech i poszedł na górę.
  Może rzeczywiście powinniśmy spróbować jeszcze raz, może jeszcz nie wszystko stracone.. Mój świat nie musi się jeszcze zawalać. Ale jak ja mam mu to teraz powiedzieć? Najpierw " to koniec", a teraz "wróć do mnie"? Jestem żałosna. Posmutniałam. Trochę nudzi mnie to czekanie. Zerknęłam na wilkołaki sprawdzić co robią. Seth wydawał się być odprężony. Rozłożył się wygodnie na drugiej kanapie. Paul siedział sztywno w fotelu i nerwowo wodził wzrokiem po pokoju. Wtem drzwi frontowe się otworzyły, a w nich stanął przystojny blondyn.
 - Witaj - zwrócił się do mnie - Jestem Carlise.

Rozdział czwarty.

  Sufit. Na tym przeklętym, białym prostokącie znam już każdą rysę, każdą plamę.. Nie wychodziłam z tego pokoju już chyba z miesiąc. Nie mam ochoty patrzeć na ludzi. Paul próbuje ze mną rozmawiać, ale nie pozwalam mu dojść do słowa. Cały czas krzyczę i przeklinam. Czuje się jak reżyser jakiegoś durnego serialu, który robi wszystko, żeby podnieść oglądalność. Potem wszyscy za te wybory go nienawidzą. Ta. Ja to potrafię się podnieść ma duchu. Zawibrował mi telefon. Wiadomość od Setha. On ma za dużo kasy na koncie. Wysyła mi jakieś trzy SMS-y na minute. Nie czytam ich. Nie odbieram też telefonów. Tata na początku próbował ze mną rozmawiać, ale teraz udaje, że mnie nie ma. Gdyby nie Paul, nawet bym nie jadła. Wmusza we mnie jedzenie. Najdłuższy dystans jaki pokonuje w ciągu dnia? Z łóżka do łazienki i z powrotem. W nocy nie mogę spać. Seth cały czas wyje. Mógłby skończyć! To jest straszne. Z dnia na dzień coraz gorsze. Mam ochotę iść do niego z baseballem i mu przywalić. Ale wiem, że nawet bez kija nic bym mu nie zrobiła. Za bardzo go kocham. Puk, puk! Westchnęłam. To na pewno Paul. Przyniósł obiad. Drzwi do mojego pokoju się otworzyły. Tego się nie spodziewałam! W moich drzwiach stała.. Leah! Z założonymi na piersi rękami przyglądała mi się. Nie mam ochoty z nią rozmawiać. Nie teraz. Ostatnio prawie mi przywaliła. Paul mówił, że ona też jest w sforze. Przecież ta dziewczyna mnie zabije!
 - Cześć - odezwała się nie zmieniając pozycji.
 - Hej - odparłam i usiadłam. Zakręciło mi się w głowie. Od dwóch dni Paul miał non stop patrol. Nie zdążył mi nic zrobić do jedzenia.
 - Wiedzę, że z tobą nie najlepiej. - zaczęła siadając na moim łóżku. - Ze Sethem też jest źle. Nie bój się. Przyszłam porozmawiać. Czemu to zrobiłaś? Znaczy rozumiem. Zerwałaś z nim. TY z nim zerwałaś! To czemu teraz ryczysz! - traciła cierpliwość. Z resztą jak wszyscy w czasie rozmowy ze mną.
 - No bo.. Z tego co zrozumiałam, Seth czy tego chce, czy nie MUSI mnie kochać, - zaczęłam niepewnie - a ja nie mogę z nim być wiedząc, że on to robi z przymusu. Z resztą, gdyby nie wpojenie nie spojrzałby na mnie.. - chciałam dalej użalać się nad sobą, ale Leah mi przerwała.
 - Nie mogę uwierzyć, że jesteś taką idiotką! - wydarła się na mnie, a ja rozdziawiłam - On widział twoje zdjęcie z rok przed twoim przyjazdem. - mówiła już spokojniej. - Zakochał się w tobie już wtedy. - chciałam coś powiedzieć, ale zatkała mi ręką usta - Wpojenie działa jak się komuś spojrzy w oczy. - zatkało mnie
 - Leah wyjdź. - rozkazałam. Byłam wściekła. Ona zignorowała mnie i usiadła wygodniej. - WYJDŹ! - wydarłam się. Na górę wbiegł Paul. Moim ciałem wstrząsały pojedyncze, za to mocne dreszcze. Czułam ogromne ciepło. Jakbym się paliła! Moje ciało się rozrywało.
 - Cass! Spróbuj się uspokoić! - dotarło do mnie wołanie brata. Cassandro, wdech i wydech. Powoli to ogromnie ciepło zaczęło mnie opuszczać. Dopiero teraz zatrybiłam, że mam zamknięte oczy. Otworzyłam je powoli. Wszyscy stali i z rozdziawioną gębą patrzyli na mnie.
 - J-jak to zrobiłaś? - jąkała się Leah. Ona chyba się mnie boi. Wreszcie jakaś nowość. To mnie się boją, a nie ja ich. - Cass, jak to zrobiłaś? - ponowiła pytanie.
 - E.. - wyrwała mnie z zamyślenia. - ale o co chodzi?
 - Noo.. jak powstrzymałaś przemianę? - tym razem przemówił Paul. O co im chodzi? Jaka przemiana? Czyli ten ból.. To była przemiana w wilka?
 - No wiesz.. To było proste. Poprosiłeś mnie i się uspokoiłam.
 - Idziemy do Sama. - zarządziła Leah.
 - Okey. - chciałam postawić krok, ale zachwiałam się. Gdyby nie Paul jak nic upadłabym. Wziął mnie na ręce i zaniósł do tej wspaniałej chatki.
  Po drodze straciłam przytomność. Chyba. Znaczy nie mogłam otworzyć oczu, ale czułam jak mnie niosą, tylko czułam.. Nic nie widziałam, nie słyszałam, nie czułam zapachów.. W takiej próżni jest wspaniale! Gdybym tak mogła przez ostatni miesiąc w niej przebywać i nie słychać serenad Stha. Ale i tak muszę się ogarnąć do powrotu mamy. Nic nie będzie tak jak kiedyś, ale muszę chociaż udawać szczęśliwą nastolatkę. Szkoda mi Paula. On mnie naprawdę polubił, ze wzajemnością. Nawet raz mu zaproponowałam, żeby przeprowadził się do matki, ale jego odpowiedź brzmiała tak :
 - Cass, to nie jest takie proste. Po pierwsze, zostawiła mnie. Rozumiesz? Ciebie wzięła, a mnie nie chciała. Podsłuchałem rozmowę rodziców tydzień przed waszą wyprowadzką. Mama mówiła, że nigdy nie chciała syna, że się do mnie nie przyznaje, że gdyby nie ojciec oddałaby mnie.. - dostrzegłam w jego oczach łzy. Odwrócił wzrok. - A poza tym nie zostawię ojca. Nie mogę. Nie teraz..
  Gdy zapytałam czemu zmienił temat. Co się dzieje z tatą? A jak jest chory? Wcale mu nie pomagam swoim zachowaniem. Jestem okropna. Krzywdzę wszystkich dookoła.
  Zobaczyłam twarz Setha. Chciałam jej dotknąć, ale rozmyła się. Mam ochotę krzyczeć! Drzeć się! Ja chce do mojego anioła! Do mojego wilczka! Do mojej prawdziwej miłości!
  Otworzyłam oczy. Zawyłam z bólu. Na rękach Paula wygięłam się w odwróconą literę C i spadłam na ziemie. Kątem oka dostrzegłam, że wszyscy tu są. Nie przestawałam krzyczeć. Chciałaś to masz. Booli.. Po policzkach popłynęły mi łzy.
 - Pomocy! - chciałam krzyknąć, ale zdołałam tylko wyszeptać pomiędzy spazmami płaczu. Wiłam się po ziemi. Jake, Quill i Embry próbowali mnie przytrzymać. Dostałam czegoś, jakby padaczki. Ale jak tylko mnie dotknęli, z nadludzką siłą wyrzuciłam ich trzy metry nad ziemię. Skuliłam się. Ból mijał. Już dobrze, ale strasznie pieką mnie oczy.. Próbowałam mrugać, ale niewiele to dało. I nagle, jak gdyby nigdy nic wszystkie bóle mnie opuściły. Tak, jak nagle się pojawiły, równie szybko zniknęły. Coś, co w moim umyśle trwało kilka godzin, w rzeczywistości trwało kilka sekund.
  Otworzyłam oczy. Wszyscy wstrzymali oddech. Niektórzy odwrócili wzrok. Wpatrywali się we mnie, jakbym była duchem. Ze zgrozą, ale i zaciekawieniem.
 - Chodź - odezwała się Emily. Nie zareagowałam. - No chodź! - powiedziała już mniej spokojnie. Zaprowadziła mnie do łazienki. Na drzwiach wisiało lustro. Obejrzałam się od dołu. Spodnie podarte, z bluzki prawie nic nie zostało, a oczy.. Boże.. Moje oczy wyglądają tak.. dziko. Są takie.. kocie? Taka dzika zieleń. Źrenice rozszerzyły mi się tak, że wyglądały jak czarne. Emily dała mi ciuchy na zmianę. Jak wyszłam odświeżona z łazienki chłopcy głośno o czymś debatowali. Odchrząknęłam, zwracając ich uwagę na siebie.
 - Co się ze mną dzieje ? - głos mi się łamał. Bałam się najgorszego..

Rozdział trzeci.

  Obudziły mnie promienie słońca tańczące na mojej twarzy. Łaał. Mój chłopak jest wilkołakiem. Dostałam takiego zacieszu, że przez kilka minut szczerzyłam się do sufitu. Jakby tak teraz ktoś wszedł pomyślałby, że postradałam zmysły. Usłyszałam pukanie do drzwi.
 - Proszę! - krzyknęłam do tego ktosia. Do pokoju wszedł tata.
 - Cassandro, jest śniadanie. Zjesz ze wszystkimi  czy w pokoju? - zapytał ojciec. Pomyślałam, że mówiąc "wszyscy" miał na myśli siebie i Paula, ale jak zeszłam na dół ( w piżamie! ) w jadalni siedziała cała wataha. Wryło mnie. Stanęłam w progu rozczochrana, w krótkich spodenkach i bluzce w misie. Ta. To się popisałam. Chciałam się wycofać, ale ktoś pchnął mnie w głąb pomieszczenia. Ciekawe kto to? Paul! Normalnie taką miał pompe, że myślałam, że zaraz mu przywalę. Rzuciłam mu zabójcze spojrzenie, zwężając oczy jak jaszczurka, po czym usiadłam na wolnym miejscu koło Setha. Indianin potarł mi kolano w geście pocieszenia. W jego oczach zobaczyłam zrozumienie. Hm. Ciekawe czy ma rodzeństwo. Kurczę, jak ja mało o nim wiem. Pomyślałam chwilę. To i tak miała być tylko wakacyjna miłość. W sensie, że w roku szkolnym będę zakuwać. Wzdrygłam się. Br. Nauka.
 - Halo! Śpiąca królewno! - śmiał się chyba Jacob. Jeszcze nie pamiętam ich imion. Machał mi przed nosem talerzem ze śniadaniem. - Zjesz to, czy chcesz mi oddać?
 - Zjem! - pokazałam mu język. Wzięłam kanapkę z bliżej nieokreśloną zawartością. Ciekawe kto to robił? Dopiero teraz zauważyłam, że wszyscy już zjedli. Hm. Czemu oni się tak gapią?
 - Czego? - warknęłam. Seth próbował zachować spokój, ale reszta rechotała.
 - Cass, widziałaś się w lustrze? - Paul prawie spadł z krzesła. Krztusił się śmiechem.
 - Ei! O co chodzi?! - pieniłam się. Gestem dłoni kazał mi się odwrócić. Za mną wisiało olbrzymie lustro. Gasz! Wyglądam jak czarownica! Mam taką szopę, że można się przestraszyć. Kolejne mordercze spojrzenie w stronę Paula. Jak jeszcze coś powie na mój temat to obiecuję, że rzucę w niego nożem. Dokończyłam śniadanie i poszłam na górę wziąć prysznic, ubrać się i uczesać.
  Popołudnie spędziłam z Paulem. Poznawaliśmy się. W końcu 16 lat to dużo. Paul był ze mną szczery. Kiedy nie było jego kumpli był naprawdę fajny. Opowiedziałam mu o moich "miłościach", a on o swoich zdobyczach. Bardzo dużo się śmialiśmy.
 - Już czas - oznajmił grobowym głosem z równie poważną miną.
 - Co? O co ci chodzi? - spytałam zdezorientowana. Kurczę, co on bredzi?
 - Idziemy na ognisko! - wydarł się chichocząc. - Ale miałaś minę!
 - Tsa. Bardzo śmieszne - odparłam z sarkazmem.
  Kiedy dotarliśmy na klif wszyscy już na nas czekali. Znaczy wszyscy, których znam plus jacyś staruszkowie. Paul usiadł koło Jareda? Chyba tak, a ja między Sethem, a moją nową przyjaciółką opierając się o ramie ukochanego.
 - Em. Kto to? - spytałam Kim gdy do ogniska podjechał facet na wózku inwalidzkim.
 - To Billy Black - odparł dotąd milczący Seth - Ojciec Jacoba.
 - Aa. A tamci? - wskazałam podbródkiem na kobietę i mężczyznę. - To.. ?
 - To Quill Ateara, dziadek naszego Quilla - wskazał na chłopaka, a tamten uśmiechnął się do nas. - A ta kobieta to..
 - Nasza mama - odezwała się jakaś dziewczyna za mną, a ja gwałtownie się odwróciłam. Łał. Ale ona ładna. Wyciągnęła do mnie rękę - Leah - powiedziała głosem wypranym z emocji. Jejciu, przeraża mnie. O gasz. Ja się ostatnio wszystkich boję.
 - C-Ca-Cassandra. - wyjąkałam, a ona spojrzała na mnie z pogardą. Dostrzegłam, że Seth posyła jej karcące spojrzenie. Leah odeszła i usiadła obok Sue.
 - Nie mówiłeś, że masz siostrę. - wypomniałam mu.
 - Nie przyznaje się do niej. - uśmiechnął się łobuzersko. Dziewczyna warknęła. - Nie przejmuj się nią - pocałował mnie w policzek, a Paul i Leah jak na komendę się skrzywili. Oj, będzie ciężko. Jak chłopcy pochłonęli jakieś pięćdziesiąt kiełbasek, Billy odchrząknął i zaczął swoim głębokim głosem opowiadać historię.
 - Quileuci byli niewielkim plemieniem przed wiekami i niewielkim plemieniem pozostali aż do dziś, ale mimo to nie wyginęli. Dlaczego? Bo od dawien dawna w naszych żyłach prócz krwi płynie magia. Nie zawsze była to magia zmiennokształtności - ta pojawiła się później. Na samym początku byliśmy wojownikami duchami.*
  Siedziałam jak zaczarowana. Seth zmienił pozycję i usiadł na ziemi opierając głowę o moje kolana. Zmierzwiłam mu włosy. Zachichotał, ale zaraz spoważnieliśmy, bo Billy kontynuował. Wszystko w mojej głowie zaczęło wyglądać jak film. Wpatrując się w ognień słuchałam.
  Byli oni małą społecznością, a ryb nigdy im nie brakowało, więc inne osady im zazdrościły. Nie mieli szans odeprzeć ataku. Wypłynęli na morze. Wódz Kaheleha zarządził by opuścili swoje ciała ( w sensie, żeby zmienili się w duchy ) i wrócili do zatoki. Żony zostały pilnować ich ciał. Kaheleha kazał psom zwrócić się przeciw swoim panom, wezwał także stada nietoperzy. Najeźdźcy opuścili osadę, a Qulieuci wrócili do ciał i żon.
  Ostatnim wodzem duchem był Taha Aki. Pewien Utlapa został wygnany z wioski. Utlapa był wściekły. Gdy Taha Aki "wyszedł" ze swojego ciała Utlapa przejął je. Wódz nie miał jak wrócić. Nie mógł też patrzeć na rządy Utlapy, więc sprowadził z gór wielkiego, rozwścieczonego wilka. Ale gdy ten zagdyzł młodego chłopca kazał mu wrócić do puszczy. Podobno przebywanie z dala od ciała było straszne. A Taha Aki był duchem od kilku miesięcy i przeżywał katusze. Pewnego dnia spotkał owego wilka i połączyli się w jedność. Taha Aki widząc jak Utlapa zabija Yuta wpadł w szał i zmienił się w człowieka. Utlapa próbował uciekać, ale nie miał szans z wilczą szybkością Taha Akiego. Taha Aki doczekał się wielu synów, którzy też umieli zmieniać się w wilki. Każdy z nich był inny ( w sensie, że wilk ), bo każdy był ucieleśnieniem swojego charakteru.
  W tym momencie przysnęłam. Gdy się ocknęłam ognisko już dogasało, a Seth wrócił do swojej pierwszej pozycji ( dla ludziów z sklerozą :D Usiadł koło mnie ). Billy jeszcze mówił.
 - Wpojenie.. - zaczął. O! To coś dla mnie! Delikatnie się uśmiechnęłam. - Jak zmiennokształtny kogoś sobie wpoi to już nie ma odwrotu. Kocha swoją partnerkę jak nikogo innego. Nad tym nie da się zapanować.. - Dalej nie słuchałam. Znowu mnie zmuliło, ale załapałam, że wilk po wpojeniu czy tego chce, czy nie musi kochać. Hm. Trochę nie teges.
  Ognisko zgasło, a Seth myśląc, że śpię chciał mnie podnieść.
 - Nie śpię - uśmiechnęłam się - sama dojdę do domu.
 - Odprowadzę cię. Trzeba iść przez las.

*

 - I jak ci się podobało? - po dość długim milczeniu, z którym czułam się wybornie po tym magicznym wieczorze, Seth zagadnął.
 - Było super! - prawie to wykrzyknęłam w podekscytowaniu. - Dzięki, że mnie zaprosiłeś - cmoknęłam chłopaka, a on delikatnie się zaczerwienił - Jesteś słodki jak się rumienisz. - Uśmiechnęłam się, a on odwzajemnił gest.
 - A co ci się najbardziej podobało? - ciągnął. Nie musiałam się długo zastanawiać nad odpowiedzią.
 - Wszystkie te opowieści były wspaniałe - odparłam - ale..
 - Ale? - wtrącił
 - Ale najbardziej podobała mi się ta o wpojeniu. - spojrzałam mu w oczy. Były takie ciepłe. - Ciekawe czy ciebie też to kiedyś spotka - Spochmurniałam.
 - Cassy, wiesz bo.. Ja sobie ciebie wpoiłem. - powiedział to na jednym wdechu, po czym zamknął oczy jakby czekał na cios. Nie mogłam w to uwierzyć. Wstrzymałam oddech. - Cassy! Oddychaj! - potrząsnął mną lekko.
 - T-tak. Okey.. - nadal byłam w ciężkim szoku. Wpojenie.. Czyli gdyby nie ta cholerna magia, on nawet by na mnie nie spojrzał! Poczułam na policzkach łzy. Spuściłam głowę chowając twarz we włosach. Seth czekał. Nic nie mówił. Czemu się nie odzywa? Ta powaga mnie przytłacza. Oparłam się o drzewo. Nigdy by na mnie nie spojrzał.. Te słowa obijały się o moją czaszkę. Bolały. Dalej nie patrzyłam na Setha, ale czułam, że coraz szybciej oddycha. Ja z resztą też. Moje serce zaraz wyskoczy, ucieknie i potnie się na kawałki. On mnie nie kocha. Nic do mnie nie czuje. Przynajmniej nie z własnej woli. Westchnęłam. Powoli podniosłam oczy. Seth miał wilgotne policzki. Chyba domyślił się co chce mu powiedzieć.
 - Sorry, ale to koniec. - przeraziła mnie ostrość mojego głosu. Mój towarzysz nic nie mówił, ale jego ciało przechodziły coraz mocniejsze dreszcze. Pobiegł w las, a ja zaczęłam kierować się w stronę domu. Z mojego gardła wydobył się cichy szloch. Coś za mną zaszeleściło. Zza krzaków wyszła Leah.
 - Co ty mu zrobiłaś?! - darła się na mnie.
 - Zostaw mnie. - odparłam głosem bez wyrazu, odwróciłam się na pięcie i chciałam iść dalej, ale ona złapała mnie za nadgarstek i głośno warknęła jak zwierze - Proszę, zostaw.. - już ją błagałam. Łzy znowu mi pociekły.
 - Zostaw ją! - warknął Paul. Skąd on się tu wziął? Nie za bardzo mnie to obchodziło. Straciłam Setha. Ale jak mam z nim być skoro mnie tak naprawdę nie kocha? Leah zwolniła uścisk. Pchnęła mnie. Upadłam w ramiona Paula. Nie słyszałam, żeby odchodziła, ale po czułych gestech brata stwierdziłam, że już jej nie ma. Będę twarda. Nie płacz Cassy. Cassy.. Tylko Seth tak na mnie mówi. Cassandro, ogarnij się! I wtedy usłyszałam pełne bólu wycie. Rozszlochałam się.
 - Ja nie mogę, nie mogę.. - szeptałam w koszulkę Paula.
 - Cii.. Już dobrze. - głaskał mnie po plecach, a  wilk wył coraz żałośniej. Brat zaprowadził mnie do domu, a ja w ubraniu zasnęłam. Muszę pomyśleć..

Rozdział drugi.

Miałam zostać u ojca do końca wakacji. Mama wyjechała ze znajomymi  na dwa miesiące do Egiptu. Pewnie myślicie, że jest jakaś wyrodna, nie? Podrzuca córkę ojcu i jedzie się opalać. W rzeczywistości jest nieco inaczej. Sama chciałam zostać. Muszę zatrybić o co im chodzi z tymi wilkołakami. Taa. Tylko jak mam to zrobić, jak Paula nie ma już kiedy wstaje i wraca, jak już dawno śpię? Może on w ogóle nie przebywa w domu? Hm.
  Jestem już tu tydzień. Niedziela. Paul wreszcie jest! Podeszła pod drzwi jego pokoju. Zanim zapukałam złapałam kilka głębszych oddechów. Puk, puk! Odpowiedziało mi chrapanie. Nie. Jak teraz odpuszczę nie dowiem się prawdy. Weszłam więc pewnie i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Łaał. Jeszcze tu nie byłam. W pokoju panował straszny bałagan, a wśród śmieci na łóżkopodobnym kawałku drewna z materacem i pościelą spa mój brat. Podeszłam do niego i lekko szturchnęłam w ramię.
 - Paul.. - szepnęłam nie przestając go szturchać. Trudno, jeśli to nie pomaga trzeba ostrzej. Dobrze, że tata jest na rybach. Mogę pokrzyczeć. Uśmiechnęłam się do siebie. - PAUL! - wydarłam się zwalając go z łóżka. Zdezorientowany zaczął na mnie.. ta pewnie myślicie, że krzyczeć. Chciałoby się. On na mnie WARCZAŁ! Jak jakieś zwierze. Zachwiałam się i upadłam na drzwi boleśnie uderzając głową o klamkę. Szybko się opanował i kucnął przy mnie.
 - Nic ci nie jest? - zapytał z troską, a ja zamiast udzielić mu odpowiedzi otworzyłam szerzej oczy ( o ile to możliwe ) i z otwartą buzią wpatrywałam się w jego zatroskaną twarz. Jeju.. ja się go boje! Nie mogę oddychać. Pomocy! Boże! Czemu tu jest tak ciemno?! I odleciałam.

  - Czemu ona się nie budzi!  - Jęczał Seth. Skąd on się tu wziął? - To twoja wina! - wydarł się na kogoś.
 - No pewnie! Zawsze wszystko na mnie! Może jakby nie darła japy bym tak nie zareagował!
Potem słyszałam warczenie. Jezu, znowu. Poczułam jak po policzkach ciekną mi łzy, ale nie dałam rady otworzyć oczu. Warczenie zamiast ustać, nasilało się. Jak to się nie skończy chyba oszaleję! Cass, uda ci się. Po chyba setnej próbie otwarcia oczu, poddałam się. Niech się dzieje co chce. I wtedy doznałam olśnienia! Paul.. On mówił coś o wilkołakach. Seth miał mi nie mówić. To warczenie na mnie.. rano? Nie wiem ile już tak leżę. Mniejsza z tym. On jest wilkołakiem.
  Usłyszałam trzask łamanych mebli i coś w rodzaju tłuczonych szyb. Od razu otworzyłam oczy. Nikogo nie było, ale pokój wyglądał jakby przeszło tędy tornado. Wyjrzałam przez wybite okno. Na podwórku walczyły dwa wilki. Stałam tak i gapiłam się jak idiotka, zamiast coś zrobić. Zaraz! Co ja mogę zrobić?! Wejść pomiędzy dwa gryzące się wilki wielkości koni?! Wciągnęłam ze świstem powietrze, a one się na mnie spojrzały. Ten mniejszy.. On był wtedy w lesie! Znowu poczułam łzy na policzkach. Piaskowy wilk spojrzał na szarego. Tamten kiwnął głową. One gadają? Może Paul ma racje. Może naprawdę tracę rozum? Jestem wariatką. Spuściłam wzrok. Wtedy na podłodze zobaczyłam krew i strzępki ubrań. Rozszlochałam się. O co tu chodzi? Nagle poczułam jak coś, a raczej ktoś gorący przytula mnie od tyłu.
 - Cassandro, musimy porozmawiać - szeptał Seth ocierając moje łzy. Posłusznie jak mała dziewczynka dałam się podnieść z podłogi i wyprowadzić do przedpokoju. Dopiero skojarzyłam, że bo był mój pokój. Super, to gdzie ja będę spać?! W kuchni siedział Paul z jakimś facetem. Seth dyskretnie na niego zerknął, a tamten ledwie zauważalnie kiwnął głową. Co się tu dzieje? To i inne pytania męczyły mnie w drodze do lasu. 
  Usiedliśmy na jakimś przewróconym drzewie. Seth zamiast zacząć ( w końcu to on chciał rozmawiać ) siedział i wpatrywał się w swoje dłonie. Postanowiłam przejąć inicjatywę.
 - Seth, o co tu chodzi? - powiedziałam czując jak mi drży warga - Powiesz mi? - nie czekając na odpowiedź ciągnęłam - Czemu mój pokój jest w takim stanie? Czemu Paul wtedy krzyczał coś o wilkołakach i co to za facet, co gada z nim w kuchni? - zerknęłam na niego, ale nie zmienił pozycji - Seth? - dotknęłam jego ramienia, a on spojrzał na mnie. Odruchowo przyłożyłam ręce do ust. Na prawej połowie jego twarzy widniała wielka blizna - Co ci.. - nie mogłam dokończyć. Popłynęły mi łzy. Chłopak spuścił smutne oczy - Boże.. - dotknęłam świeżej blizny. Delikatnie się skrzywił, więc zabrałam dłoń.
 - Cass, bo.. - wreszcie się odezwał - Jestem wilkołakiem. - powiedział to tak szybko, że ledwo go usłyszałam, ale słyszałam. Wryło mnie. - Masz prawo się mnie bać - ciągnął - zrozumiem. Wtedy w lesie.. Ten wilk.. To ja cię znalazłem. Twój pokój zdemolowaliśmy z Paulem, bo puściły mi nerwy - uśmiechnął się delikatnie do swoich wspomnień - przepraszam. Ten facet, o którym mówiłaś to Sam. Pamiętasz go? - kiwnęłam niepewnie głową - To nasz Alfa. Tak jakby przywódca. - słuchałam tego w coraz większym szoku - hm. - zamyślił się - Wiesz co to wpojenie? - pokręciłam łbem - No tak. Dowiesz się jutro na ognisku. - uciął.
 - Nie! Jak zacząłeś to skończ! - zażądałam, a on rozpromienił się widząc moją minę naburmuszonego dziecka.
 - Jutro, obiecuję. - Jego uśmiech wreszcie dosięgnął oczu. Mój bóg. Uh. Ciaacho. Zaczął się do mnie przybliżać. Serce waliło mi tak mocno, że myślałam, iż zaraz wyskoczy mi z piersi. Już miałam sprawdzić, czy jego usta są tak dobre na jakie wyglądają, gdy usłyszałam wycie wilka. Seth szybko się ode mnie odsunął i posłał przepraszające spojrzenie.
 - Muszę iść - szepnął. Głos mu drżał z emocji. Ysz. Mi pewnie też by tak było - Trafisz sama do domu? - zapytał
 - Nie jestem pewna.. - odparłam robiąc zeza. Zaśmiał się cicho.
 - No to chodź. - powiedział ciepło. Wracaliśmy w milczeniu. Praktycznie cały czas gapiłam się na moje brudne trampki ( w lesie ciężko uratować białe buty przed zabrudzeniem ), ale jak zerkałam na ukochanego on głownie patrzył na mnie. Byłam trochę skrępowana czując jego wzrok na sobie. Weszliśmy na jakieś podwórko.
 - Em. Seth nie wiem czy wiesz, ale ani ja, ani mój stary tu nie mieszkamy. - powiedziałam przystając
 - Tak, wiem. Tu mieszka Emily i Sam. Chodź, wszyscy tam są. - dodał.
 - Ta. O niczym tak nie marzę, jak wprosić się do domu pełnego wilkołaków. - odparłam z sarkazmem.
 - Są też tam ich wpo.. dziewczyny. Będziesz miała towarzystwo. - nie przestając szyć zębów szedł tyłem, żeby mnie widzieć.
 - Yhy. Niech ci będzie. - dopiero teraz przyjrzałam się tej chatce ( bo domem tego nazwać się nie dało ). Była przepiękna. Cała z drewna, a na werandzie i w ogrodzie było mnóstwo kwiatów. Ta Emily musi mieć do nich niezłą rękę. W zachwycie wychwycałam coraz  to nowe detale nie zauważając, że stoję w miejscu. Seth mnie przytulił kładąc ręce na biodrach, jednocześnie zasłaniając widok
 - Ei! - zaśmiałam się, próbując się zza niego wychylić.
 - Będziesz tak stałam, czy może wejdziesz? - zapytał rozbawiony. Ujął moją dłoń i ruszyliśmy w kierunku chatki. W środku przy stole siedziały wilkołaki. Dwie dziewczyny robiły ogroooomną jajecznicę, a pozostałe stały oparte o blat i o czymś rozmawiały.
 - Tylko nie patrz się zbyt natarczywie na Emily - szepnął Seth - Sam tego nie lubi.
 - Czemu miałabym.. - nie dokończyłam, bo wtedy ją zobaczyłam. Potrójna blizna ciągnęła się od kącika oka przez twarz i usta wykrzywiając je w trwałym grymasie, aż po koniuszki palców. - Co jej.. - znowu nie dokończyłam. Poczułam w gardle ogromną gule.
 - Potem ci powiem - obiecał i usiadł za stołem gdzie reszta chłopaków. Podeszła do mnie jakaś dziewczyna
 - Hej, jestem Kim. A ty to pewnie Cassandra. Seth dużo o tobie mówił. - powiedziała z uśmiechem, a ja kątem oka zauważyłam jak mój wilkołak się czerwieni.
 - Hej Kim. - odwzajemniłam uśmiech. Rozmowa szybko się rozwinęła. Nie wiem ile tak siedziałyśmy. Rozgadałam się. To do mnie nie podobne. Hm. Tutaj jest inaczej. Mogę być sobą! W pewnym momencie podszedł do nas Seth.
 - Cass, jak cię zaraz nie odprowadzę to twój tata mnie zabije. - uśmiechnął się widząc moją minę.
 - Oj, nic ci nie będzie. - odparłam. Chciałam jeszcze trochę tu zostać.
 - Jak nie twój tata to Paul. - dopowiedział krzywiąc się.
 - Eh. No dobra. Paa. - powiedziałam. Uścisnęłam się z Kim na pożegnanie i wyszliśmy. Seth trzymał mnie na rękach, bo byłam tak senna, że ledwo szłam. Chyba nawet się na chwilę zdrzemnęłam. Obudziłam się zanim doszedł do domu. Uśmiechał się od ucha do ucha.
 - Co się tak szczerzysz? Ktoś ci cukierka obiecał, czy jak? - spytałam zaspana.
 - Cassy, czujesz coś do mnie? - to było bardziej stwierdzenie niż pytanie, ale dobra. Może znowu gadałam przez sen? Kurczę!
 - Może.. - zaczęłam, ale widząc, że jego oczy smutnieją, dodałam tak cicho, że normalny człowiek by tego nie usłyszał - Tak, kocham cię. - Mu to wystarczyło. Wpił się w moje wargi z taką namiętnością, że.. uh! Oderwaliśmy się od siebie, gdy zabrakło nam tchu.
 - Ja ciebie też - powiedział jeszcze dysząc. Zaśmiałam się. Dopiero teraz zauważyłam, że jego blizna prawie zniknęła.
 - Seth? Gdzie.. Co się stało z twoją blizną? Znaczy. Ona powinna tak wyglądać za kilka tygodni. - spytałam zdezorientowana.
 - Na wilkołakach wszystko szybko się goi. - poinformował mnie. Mówił to tak, jakby był dumny z tego czym jest.
 - A Emily? Co się jej stało? - zadałam kolejne pytanie, a on wyraźnie spochmurniał.
 - Wilkołakom brakuje samokontroli. - tłumaczył - Sam rozzłościł się i zmienił gdy Emily stałą za blisko - dostrzegł, że patrząc na niego odczuwam strach - Nie bój się. Jestem już wilkiem kilka lat i tylko raz straciłem nad sobą kontrolę. To baardzo mało porównując się z Paulem - zaśmiał się nerwowo.
 - Ah, no dobra. - uśmiechnęłam się blado. Seth zaniósł mnie na górę ( spałam w pokoju gościnnym ). Poszłam do łazienki. Wzięłam prysznic. Przebrałam się w piżamę. Weszłam do pokoju. Zdążyłam się wygodnie ułożyć na łóżku jak poczułam, że ktoś całuje mój policzek.
 - Kolorowych snów - szepnął mój nocny gość, o którym śniłam do rana..