Siedziałam wtulona w bok Paula z zamkniętymi oczami. Wszyscy się we
mnie wpatrywali. Miałam dość. Seth też tu był. Nie miałam odwagi na
niego spojrzeć. Wiedziałam, że jakby nasze oczy się spotkały rzuciłabym
się mu na szyję i błagała o przebaczenie. Nagle usłyszałam szepty.
Myśleli, że śpię...
- Co się z nią dzieje? - zapytał Paul. Może mi
się zdawało, ale słyszałam w jego głosie nutę rozpaczy. Znowu to robię.
Wszystkich ranię. Ledwo powstrzymałam się od westchnięcia.
- Nie wiem... - odparł wyraźnie zakłopotany Sam.
-
Może zaprowadzimy ją do doktora Cullena? - podsunął nieśmiało Seth.
Paul głucho warknął. - No co? Może on wie co się z nią dzieje. -
warknięcie brata było teraz głośniejsze. Otworzyłam przerażona oczy.
Cały się trząsł. On się chyba zmienia!
- Paul! Nie zapominaj, że
trzymasz Cassandrę! - odezwał się głośno Jake. Nerwus zaczął się
uspokajać. Uf. Mogło być gorąco. Dostrzegłam, że Seth przygląda mi się z
bólem. - To co, Paul? Doktor Cullen?
Kto to ten Cullen? Hm. On
wie o wilkołakach? A może jest jednym z nas.. to znaczy z nich.
Myślałam, że znam wszystkich w sforze. Embry podszedł do mnie i wziął na
ręce.
- Dam rade iść. - zauważyłam ostro, a on posłał mi chytry
uśmiech. Kiedy chłopak przycisnął mnie do piersi mój ukochany warknął. -
Nie denerwuj się tak. - zaśmiałam się. Wszyscy wbili we mnie tępe
spojrzenia.
- Nie powinnaś była tego słyszeć.. - zaczął Sam.
-
Aha? Czyli jestem wariatką, mutantem? - spojrzałam na chłopaków. Na
każdego po kolei. Dłużej zatrzymałam się na twarzy Setha. - Czy dzieje
się to, co myślę, że się dzieje? - spytałam nie dbając o gramatykę.
-
Chyba tak. Najprawdopodobniej przemiana niedługo nastąpi. - zasępiałam.
Jak to ma tak boleć to wole umrzeć. - Cass, proszę cię, przestań. -
ciągnął Sam.
- Ale co ja znowu robię?! - wybuchłam. Czułam, że
trzęsą mi się ręce, ale nie zmierzałam się tym przejmować. - Cokolwiek
nie zrobię jest źle! Może zamknijcie mnie w jakimś wariatkowie! W pokoju
o miękkich ścianach! Będziecie mieli mnie z głowy. - teraz swój
nienawistny wzrok wbiłam w Embry'ego - Puść mnie! - wydarłam się o
oktawę wyżej. Chłopka posłusznie spełnił moje polecenie. - No, to jak?
Co mam przestać?
- Wpatrywać się w nas takim wzrokiem. - odpowiedział niepewnie Quill.
-
Dobra, idziemy do tego Cull.. coś tam. A ty, - tu zwróciłam się do
Pula. - jak jeszcze coś powiesz na ten temat to ukręcę ci łeb, wrzucę do
bagna, spale ciało i będę tańczyć w koło ogniska! - wykrzyczałam to z
taką pasją, że aż się cofnął. I dobrze. Niech się boi. Koniec z grzeczną
Cassy.
Szliśmy piechotą. Znaczy oni szli, a raczej biegli, a ja
siedziałam u brata na baranach. Głównie przemierzaliśmy las. Po pewnym
czasie znudziły mi się te drzewa. Aż ziewnęłam. Oczywiście, gdy tylko to
zrobiłam to wszystkie oczy skierowały się na mnie. Ugh! Już mnie
wkurzają. Bo jak Cass ruszy się chodź o centymetr to apokalipsa!
Wyszliśmy na polanę, na której stał wielki dom. Po dość krótkiej chwili (
jestem dość mądra ) ogarnęłam, że tu mieszka ten doktorek, który to ma
niby powiedzieć co się ze mną dzieje. Tsa. Już to widzę. Z domu wyszli
trzej chłopcy. Pfu. Raczej mężczyźni. Dobra, poddaje się.
Przedstawiciele płci męskiej. Pierwszy szedł taki bycior. Normalnie jak
jakiś.. hm. Kulturysta? Nie wiem. Osobnik ten był brunetem. Za nim szedł
trochę mniejszy blondyn. A na końcu taki rudzielec. Chłopak posłał mi
lodowate spojrzenie, ale jak dostrzegł moje oczy to się zatrzymał. Co on
się tak gapi? Mutanta nie widział? Może nie...
- Witam. - przemówił rudy - Co was tu sprowadza?
-
Przyszliśmy do doktora Cullena. - zaczął Sam - Musimy coś sprawdzić. -
tu przeniósł wzrok na mnie, a te małpiszony podążyły za jego
spojrzeniem.
- Carlise chętnie zobaczy co się z nią dzieje jak tylko wróci. Poczekacie pół godziny?
- Dobrze. Paul i Seth zostaną, a my się wycofamy jeśli pozwolicie.
-
Dobrze, do widzenia. - odparł miedzianowłosy. Chłopaki wycofali się, a
ja z moim ukochanym i bratem zostałam. Spochmurniałam. Nie wytrzymam z
nim w jednym pomieszczeniu. To będzie zbyt bolesne. Poczułam, że zaraz
się popłaczę, więc wtuliłam twarz w łopatkę Paula. Idziemy. Trzasnęły
drzwi. Posadził mnie na kanapie. Podniosłam wzrok. W pokoju oprócz tych
facetów stały cztery kobiety. Było w nich coś co mnie przerażało.
Jeszcze nie wiem co, ale mam nadzieje się niedługo dowiedzieć. Tsa.
Nadzieja matką głupich. No właśnie. Co z mamą? Dawno się nie odzywała.
Spostrzegłam, że ten rudy patrzy na mnie ze współczuciem Podeszła do
mnie krótkowłosa brunetka.
- Hej, jestem Alice - przedstawiła się, a
ja próbowałam się uśmiechnąć .CHyba wyszedł tylko grymas. - A to
Jasper, Rosalie, Emmett, Bella, Edward i Esme. - pokazywała po kolei na
poszczególne postacie. - Zaraz powinien dołączyć Carlise.
- Siema,
jestem Cassandra. - odparłam. Alice mnie przytuliła. Spostrzegłam, że
wszyscy unikają mojego spojrzenia. No tak. Te oczy. Bu! Mvhaha. A teraz
śmiech Dundersztyca. Uśmiechnęłam się. Każdy z mieszkańców wrócił do
swoich zajęć. Zmiennokształtni oglądali jakiś durny mecz w TV. Podszedł
do mnie Edward.
- Hej - uśmiechnął się.
- Cześć - rzuciłam.
- Śmiech Dundersztyca? - zaśmiał się. Em. Ja to powiedziałam na głos? - Nie, nie powiedziałaś. Czytam w myślach.
- To mógłbyś przestać w moich?! - powiedziałam to chyba zbyt głośno, bo Paul się na mnie spojrzał.
-
Tak się chyba nie da. A i jeszcze coś. - spojrzał na Setha, ale coś mi
podpowiadało, że mówi do mnie. - Jak na mój gust powinnaś spróbować
jeszcze raz. - posłał mi ciepły uśmiech i poszedł na górę.
Może
rzeczywiście powinniśmy spróbować jeszcze raz, może jeszcz nie wszystko
stracone.. Mój świat nie musi się jeszcze zawalać. Ale jak ja mam mu to
teraz powiedzieć? Najpierw " to koniec", a teraz "wróć do mnie"? Jestem
żałosna. Posmutniałam. Trochę nudzi mnie to czekanie. Zerknęłam na
wilkołaki sprawdzić co robią. Seth wydawał się być odprężony. Rozłożył
się wygodnie na drugiej kanapie. Paul siedział sztywno w fotelu i
nerwowo wodził wzrokiem po pokoju. Wtem drzwi frontowe się otworzyły, a w
nich stanął przystojny blondyn.
- Witaj - zwrócił się do mnie - Jestem Carlise.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz