wtorek, 26 czerwca 2012

Rozdział dziesiąty.

- Niestety nie mogę tego zrobić –odparł spokojnie Brayan.
- Jak to, nie możesz?! –wybuchłam. Chłopak skulił się pod siłą mego spojrzenia. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, aż wreszcie zebrał się na odwagę i kontynuował.
- Po prostu nie wiem o tym zbyt dużo. Wiem, że jest demon o imieniu Nemze, na nasze to znaczy Biała Wilczyca.Ona jest niebezpieczna i niebezpiecznie piękna – puścił do mnie oko przez co moja twarz spłonęła rumieńcem. – Białą Wilczycę, z tego co wiem trzeba„wychować”. No nie patrz się tak na mnie. – blondyn wybuchnął śmiechem na widok mojej zdezorientowanej miny. Ogólnie nie winiłam go za to, że tak mało wie, bo przecież ja nic nie wiedziałam, ale fragment o wychowywaniu mnie zdegustował nieco mój umysł. Chodzi o mój sposób bycia? O sposób wyrażania siebie? O moje maniery?
 - Brayan… - zaczęłam cicho. Trochę za cicho,bo nie słyszał mnie przez swój głośny śmiech – Brayan! Możesz mnie posłuchać?!– szturchnęłam go. Zdezorientowany spadł z łóżka. Teraz to ja się śmiałam.Chłopak spojrzał na mnie próbując przyjąć obrażoną minę, po czym na jego ustach pojawił się złowieszczy uśmiech, co pozwoliło mi sądzić, że wpadł na jakiś szatański pomysł.
Nim zdążyłam jakkolwiek zareagować rzucił się na mnie przygniatając mnie ciężarem całego ciał
a i zaczął łaskotać. Z początku śmiałam się, ale z czasem melodia mojego śmiechu zamilkła i z oczu zaczęły się toczyć łzy. Zarówno bólu, jak i złości. Bolało mnie całe ciało, a zła byłam na Brayana za to, że zapomniał o moich licznych ranach. Jednak gdy tylko się zorientował, że coś jest nie tak, wstał ze mnie i rozszerzył oczy w szoku.
- Przepraszam – zero reakcji z mojej strony skłoniło go do starcia jednej z łez płynących po moim policzku – Cassandra, odezwij się. – w jego głosie słychać było smutek.
Moja złość na niego zaczęła się ulatniać. Spojrzałam w te piwne oczy i uśmiechnęłam się przez łzy. Odwzajemnił uśmiech, tylko, że jego oczywiście był prowokujący. Objąwszy mnie delikatnie powiedział, że jak chcę zobaczyć okolicę to z chęcią mnie oprowadzi. Przyjęłam zaproszenie.
Pierwszym punktem wycieczki był las. Mimo, że w Forks widziałam wiele skupisk drzew, to ten był wspaniały.Stałam na środku polany o bliżej nieokreślonym kształcie. Rosły tu pomarańczowe i fioletowe kwiaty, których też nie umiałam rozpoznać. Przez środek polanki biegł potok z krystaliczną wodą. Rozmarzona zanurzyłam w nim dłoń. Brayan stanął za mną i obserwował z zainteresowaniem. Przysiadłam na trawie wystawiając twarz na działanie słońca. Dopiero teraz zauważyłam, że jest go tu więcej niż w mieście ojca. Może nie tak dużo jak na Florydzie, ale zawsze coś.Zerwałam jeden z pomarańczowych kwiatków i odwróciłam się do chłopaka z zapytaniem jaki to gatunek, ale on leżał wyciągnięty na trawie i słodko chrapał. Uśmiechnęłam się na ten widok i delikatnie pogłaskałam go po bicepsie.Drgnął i już myślałam, że się obudzi, ale on tylko rozciągnął usta w przyjemnym uśmiechu. Nie był to ten zarozumiały, który posyłał mi za każdym razem, nie ten wyćwiczony, ale prawdziwy. Uśmiech chłopca, którym z resztą jeszcze był. Bo wątpię, żeby był dużo starszy ode mnie. A sądząc po chłopcach z La Push mógł mieć nawet piętnaście lat.Nie wiem ile czasu siedziałam i przypatrywałam się tej twarzy, ale jak Brayan otworzył oczy było już ciemno.
Jeszcze raz omiotłam wzrokiem tą buźkę anioła. W blond włosach były jaśniejsze od słońca refleksy. Poczułam ochotę, aby zatopić palce w tej blond czuprynie. Powstrzymałam się w ostatniej chwili. W końcu masz chłopaka, pomyślałam. Nie wolno ci tego robić.
- Co się gapisz? – spytał chłopak z tym swoim pewnym uśmiechem.
- Nic, nic. – odparłam speszona i odwróciłam wzrok.
- Przepraszam, trochę mi się przysnęło. Nie spałem zbyt dobrze. – zarumienił się. Dostrzegłam falę purpury zalewającą mu twarz i na moich ustach zagościł szyderczy uśmiech. Pomyślałam,że mnie pilnował.
- Byłem z… koleżanką – dokończył zmieszany. Czyli jest zajęty… Uśmiech momentalnie opuścił moją twarz, oczy przygasły. Odwróciłam od niego wzrok i spojrzałam na strumyk. Widząc w nim swoje odbicie wyrażające rozpacz, przywołałam na buzię sztuczny uśmiech. Jednak oczy nadal pozostały puste. Za dużo sobie pochlebiasz, podszeptywał mi cichy głosik. On ma prawo do swojego życia, znacie się tylko jeden dzień.
- Wszystko dobrze? –zaniepokojony Brayan dotknął mojego ramienia. Umysł mówił mi, że powinnam, się odsunąć, ale on oparł mnie sobie o pierś, a ja nie umiałam odmówić.
- Powinnaś leżeć – źle zinterpretował moje zachowanie. – Źle że cię tu przyprowadziłem. Pogorszyło ci się? – bez słowa mocniej wtuliłam się w jego tors. Nie powinnam, ale nie mogłam się oprzeć. Przy delikatnym bujaniu Brayana prawie usnęłam. Byłam już między snem a jawą. Bliżej tego pierwszego, gdy nagle przed oczami stanęła mi zdenerwowana twarz Alice. Zerwałam się na równe nogi i z przerażeniem spojrzałam na mojego zaskoczonego towarzysza.
- Która godzina? – nie odpowiedział od razu. Zaczął czegoś szukać po kieszeniach. – Brayan, to ważne!– Mój głos podniósł się o kilka oktaw. Chłopak zmarszczył brwi i wydobył z kieszeni w dżinsach telefon.
- Spokojnie, spokojnie. –spojrzał na wyświetlacz. – Dopiero wpół do dziewiątej.
- Co??!! – wydarłam się i ruszyłam biegiem ścieżką w stronę wioski. Brayan biegł za mną. Jak tylko mnie dogonił złapał za ramię i zatrzymał.
- Cass,  gdzie ci się tak śpieszy? – spytał. Nie mogę mu powiedzieć o Cullenach. Nie wiem nic o nim, nie wiem czy można mu zaufać.
- Po prostu… zaprowadź mnie do tego miejsca, w którym zamieniłam się w tego…
- Demona. – miał lodowaty wyraz twarzy – Po co chcesz tam iść? – stał się podejrzliwy. Wpatrując się błagalnie w oczy chłopaka zagryzłam nerwowo wargę. Poczułam krew na języku.
- Brayan, proszę.
Nic nie odpowiedział, tylko ruszył szybkim krokiem przez las. Ledwo za nim nadążałam. Cały czas mamrotał coś pod nosem, że Sigma zabije go za wypuszczenie mnie z wioski. Zrobiło mi się głupio, ale musiałam powiedzieć Alice, że przez jakiś czas nie będziemy się mogły spotykać. I oczywiście wziąć z samochodu moją  torbę z ubraniami. Spojrzałam w dół na te pożyczone od siostry chłopaka. Trzeba będzie je wyprać i oddać. Przystanęłam na chwilę, bo zaczęło mi brakować tchu. Oparłam dłonie o kolana i oddychałam głęboko wpatrując się w stopy. Gdy podniosłam wzrok chłopaka nie było.Przyśpieszył mi rytm serca. Coś za mną w krzakach zaszeleściło i blada dłoń pociągnęła mnie do tyłu. Chciałam wrzasnąć, lecz lodowate palce zasłoniły m iusta. Do oczu cisnęły mi się łzy. Byłam niemal pewna, że to już mój koniec.Wtem zobaczyłam przed sobą smutną twarz Alice.
- Witaj, Cassandro.
- Oh, Alice! – zawołałam i rzuciłam jej się w objęcia. – Przestraszyliście mnie. Hej, Jasper – odwróciłam się do chłopaka stojącego za mną. Bez słowa kiwnął mi głową. Alice obejrzała mnie od góry do dołu i otworzyła szerzej oczy.
- Cass, słyszałam od Lei co się stało. Boże, całe twoje ciało jest pokryte bandażami! Jak my to wytłumaczymy dla Setha? Nie można nic mu mówić, bo przyjedzie i zepsuje cały nasz plan –paplała bez zastanowienia wampirzyca. Jednak miała racje. Seth dostanie szału-  Leah wraca do domu, a ty masz tu swoją torbę – podała mi ją i zaraz znowu przytuliła – W środku jest komórka. Jak tylko będziesz mogła się spotkać – zadzwoń, zrozumiałaś?
- Tak, tak.
- A i jeszcze jedno – uśmiechnęła się i z rozbawieniem pogroziła palcem – Co to za chłopak? Wie, że jesteś zajęta? – poczułam jak po policzkach rozlewa mi się fala ciepła.
- To kolega. A właściwie to ma mnie pilnować. – zdołałam wydobyć słaby uśmiech. – No właśnie! Muszę go znaleźć. Będzie zły – skrzywiłam się.
- Właśnie tu idzie. Do zobaczenia Cassy. – powiedziawszy to oboje pobiegli w las.
Wzięłam torbę na ramię i zaczęłam się przedzierać przez gąszcz.
- Jaka ona ciężka – mruczałam pod nosem idąc przez gęsty las. W końcu wyszłam na ścieżkę, na której stał zdenerwowany Brayan. Bez słowa podałam mu torbę i poszłam przodem w stronę wioski. Chłopak przez chwilę stał i patrzył to na mnie, to na mój bagaż. W końcu wzruszył ramionami i ruszył za mną przez las.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz